Witamy na forum Internetowego Klubu Autorów Rozmaitych. Zapraszamy zarówno Ikarytów, jak i nie-klubowiczów do dyskusji, ćwiczeń i szlifowania warsztatu. Gwarantujemy, że czas spędzony na forum Ikara nie będzie czasem straconym. Jesteśmy tu po to, by uczyć się tworzyć teksty literackie, wspierać dobrą radą, oraz poznawać ludzi o podobnych zainteresowaniach. Celem klubu przede wszystkim jest dobra zabawa, rozwijanie talentu i rozmowy około literackie.
Czy jesteś spamerem?: Ilość moich postów prawdę ci powie.
Czy umiesz pisać?: Niestety nie.
Czy umiesz czytać?: Niestety tak.
Dołączył: 23 Lis 2007 Posty: 1456 Skąd: Ciućkowo Górne
Wysłany: 2010-04-30, 17:12 Adrianna Giętkowska - Autostopem przez piekło
Autostopem przez piekło
- Naprawdę musimy to robić? – burknął odźwierny. Nawet, gdy się złościł, jego głos był tak aksamitny i głęboki, że z chęcią topiły się w nim tłumy.
- Niestety, drogi Piotrze, musimy. Znów przyszły rachunki za grzechy. Kuszenie robi się coraz droższe…
- Azazelu – poprawił go odźwierny. – Zbastuj z tym Piotrem, Mefisto. Za dużo ostatnio przebywasz na górze, mój drogi.
Drogi Mefisto wtarł trochę żelu w rogi (ostatnio jakoś źle się układały) i wytarł kopyto o nogawkę spodni. Azazel machnął kocim ogonem i, z niechętnym pomrukiem, otworzył bramę piekieł.
- Co tak długo?! – naskoczyła na niego staruszka o ciele tak silnie powykręcanym przez reumatyzm, że stanowiła obiekt pożądania wszystkich okolicznych joginów. Miała na sobie niebieską sukienkę w kwiaty i pas z nabojami. W ręku dzierżyła koronkową parasolkę.
- Spokojnie – wtrącił flegmatyczny, spocony grubas. Na prawie każdej wycieczce jest jakiś flegmatyczny, spocony grubas. - Na pewno mieli jakiś powód, żeby…
- Z drogi! Kobieta z dzieckiem idzie! – zawołała zrośnięta matka z dzieckiem, bohater-sko przepychając się naprzód. Tuż za nimi podążał niespiesznie pies erudyta-eufemista. Gdzieś w tyle dwaj oswojeni hazardziści niebezpiecznie zbliżali się do piekielnych podwojów ruchem konika szachowego. Niespełniony, znerwicowany terrorysta z Nepalu zamykał pochód. Azazel wygiął grzbiet w pałąk i miauknął z dezaprobatą.
- Turyści! – syknął. Flegmatyczny, spocony grubas wręczył Mefisto odliczoną kwotę. Elegancki diabeł wyciągnął rulonik szkarłatnych biletów, oddarł z niego osiem sztuk i roz-dzielił pomiędzy gości.
- Co to ma znaczyć?! – zjeżyła się groźnie powykręcana reumatyzmem staruszka, wska-zując na swój kartonik. Nerwowy, niespełniony terrorysta z Nepalu bezszelestnie przekradł się za jej plecami i zerknął przez ramię kobiety.
Despotyczna stara zrzęda. Gaduła. Plotkara. W tajemnicy przed rodziną pali i wydmu-chuje dym z papierosa do wentylacji.
Gustowna sukienka.
Terrorysta pogładził się po wygolonej głowie i rzucił okiem na swój bilet.
Znerwicowany, neurotyczny nieudacznik. Problemy w kontaktach międzyludzkich. Roz-wiązało ci się sznurowadło. Miłego dnia
- Zamień się – zażądał jeden z oswojonych hazardzistów. Nepalczyk omiótł napis nieuf-nym spojrzeniem.
Już zawsze będzie wypadać ci trzy.
- On ma siedem – powiedział hazardzista, wskazując na swego niskiego, pulchnego to-warzysza. Sam był wysoki, chudy i nade wszystko przypominał stracha na wróble. Terrorysta z Nepalu powiódł spłoszonym wzrokiem od jednego do drugiego. Czego też oni mogli od niego chcieć? Wyglądali na głodnych…
Pulchny hazardzista usiadł w kucki na ziemi i rzucił kostką. Wypadło siedem.
Strach na wróble wyrwał terroryście bilet i wcisnął mu do ręki własny. Nerwowy Ne-palczyk odskoczył w tył i popatrzył podejrzliwie na kartonik. O ile nie wybuchnie, nie robiło mu różnicy, jaki będzie miał. I tak nie umiał czytać.
Znerwicowany, neurotyczny nieudacznik. Problemy w kontaktach międzyludzkich. Wciąż masz rozwiązane sznurowadło – głosił jego nowy bilet.
A tobie i tak będzie wypadać trójka – dowiedział się strach na wróble.
- Idziecie, czy nie? – spytał opryskliwy portier, w którym zdumiony terrorysta rozpoznał Azazela. Nie wiadomo, jakim cudem (o ile w piekle można się tak wyrazić) udawało mu się wyglądać jak dobiegający czterdziestki wąsaty mężczyzna i kot równocześnie. Zażywna, sę-kata staruszka tłukła go po głowie staromodną, koronkową parasolką.
- Jak zwierzęta – westchnął pies erudyta-eufemista, wiążąc sobie smycz na podobień-stwo krawata. Pies erudyta-eufemista, głosił jego bilet. Zrośnięci matka z dzieckiem (nikt nie miał pojęcia, jakiej jest płci to ostatnie) pogłaskali go po głowie.
…
Bez komentarza – głosił ich szkarłatny kartonik.
- Halo! Tutaj! Wszyscy do mnie! – rozległ się za nimi energiczny, pełen zapału głos.
- Ależ pan jest Włochem! – zauważyła staruszka. Po raz ostatni uderzyła portiera-Azazela („Turyści!”) i z galanterią poprawiła sobie siwy puch na głowie. Zrośnięta matka z dzieckiem wyciągnęła kosmetyczkę z kieszeni swej pociechy i zaczęła w popłochu poprawiać makijaż.
- Zgadza się. Z Florencji – Włoch posłał im olśniewający uśmiech. – Nazywam się Dante i będę waszym przewodnikiem.
Nerwowy, niespełniony terrorysta wyszczerzył zęby. Dla niewtajemniczonych wygląda-ło to na uśmiech. Dante był niewtajemniczony.
I tak oto ósemka turystów z włoskim przewodnikiem na czele ruszyła na wyprawę po piekle.
***
- …niestety, piekielne kręgi nie zostały jeszcze przystosowane na potrzeby turystyki, więc przynajmniej przez rzeki będziemy musieli łapać przysłowiowego stopa – wyjaśniał Dante. Staruszka i matka z dzieckiem słuchały go, jak urzeczone, czego nie można powiedzieć o samym dziecku.
- Chcę siku!
- Później dostaniesz – obiecała matka, wpatrując się maślanym wzrokiem w przystojnego przewodnika. Wtem na ścieżkę tuż przed nimi spadła z nieba długowłosa postać w białej szacie. Jak gdyby nigdy nic podniosła się, otrzepała ubranie z czerwonawego piasku i uniosła rękę w powitalnym geście.
- Nic się panu nie stało? – spytały chórem staruszka wraz z matką z dzieckiem. Postępu-jący za nimi z wolna hazardziści namiętnie usiłowali wyrzucić coś innego niż trzy i siedem. Nerwowy, niespełniony terrorysta z Nepalu odskoczył gwałtownie w bok, przetoczył się przez bark i chwycił najbliższy kij. Spadający w jego kraju śnieg, sporadyczny deszcz oraz ptasia kupa nauczyły go, że z góry nie przychodzi nic dobrego.
- To już dziś? – zdumiał się Dante. Mężczyzna odwrócił się. Właściwie ciężko było określić jego wiek. Choć wyglądał bardzo młodo, jego ciało bez wątpienia należało do doro-słego mężczyzny. Dodatkowo postarzała go broda. Oczy, roześmiane i obramowane zalążkami kurzych łapek, wydawały się starsze, niż czas.
- Ano dziś – człowiek z nieba wzruszył ramionami z promiennym uśmiechem. Wyglądało to tak, jakby na jego twarzy zakwitło nagle słońce.
- Że też ci się nie znudzi… - westchnął Dante z udaną dezaprobatą.
- Cóż poradzić… Tradycja – uśmiech stał się jeszcze promienniejszy.
- Krew panu leci – oznajmiło dziecko zrośnięte z matką. Mężczyzna popatrzył na otarcia na swych dłoniach i stopach. Szata na jego boku stopniowo czerwieniała.
- Szczerze mówiąc, wisi mi to – ponownie wzruszył ramionami i ponownie zaświecił twarzowym słońcem.
- A co… - zainteresował się flegmatyczny grubas.
- Strasznie mi przykro, ale nie mogę dłużej rozmawiać. Muszę przebiec całe piekło w trzy dni. Do zobaczenia! – mężczyzna z nieba uśmiechnął się przepraszająco i ruszył cwałem z niskiego startu.
- Powodzenia! – wołali za nim na przemian wszyscy turyści.
- Połamania nóg! – wykrzyknęło dziecko zrośnięte z matką. Oczywiście, jak zwykle, żaden z dorosłych nie zorientował się, że dzieci mówią takie rzeczy całkiem poważnie.
- Nowy dywan! Całkiem nowy dywan! – załamała ręce sprzątaczka, zamierzając się mopem na plamy ciemnego szkarłatu, znaczącej drogę człowieka z nieba. Nerwowy terrorysta z Nepalu odkrył, że widzi równocześnie żylaste, spracowane ręce i kocie łapy, żółtawe, wod-niste oczy i zielone ślepia… Azazel spojrzał na niego zza okularów sprzątaczki i, pomstując wpiekłogłosy, zabrał się do szorowania.
- Ruszaj się pan! – zażywna staruszka dźgnęła Nepalczyka koronkową parasolką między żebra i poprawiła pas z nabojami. – Sprzątaczki żeś nie widział?
Dawno temu, gdzieś w odległej galaktyce, w pięknym, cichym Nepalu, niespełniony tu-rysta czytał coś o stadach słoni, prowadzących przez najstarszą samicę, zwaną samicą alfa. W tej grupie najwyraźniej było podobnie.
- Zbliżamy się do przedpiekla – oznajmił Dante. – To siedlisko dusz neutralnych, którzy za życia nie byli dobrzy, więc nie mogli iść do nieba. Nie byli też źli, więc czyściec nie ma ich z czego oczyszczać, a piekło za co karać…
- To oni w ogóle coś w życiu robili? – zdumiała się staruszka. Dante jakby tego nie sły-szał.
- Karą za taką neutralność jest wieczne kąsanie przez roje os i much…
- Za co? Sam pan przed chwilą powiedział, że nic złego w życiu nie zrobili…
- Babciu… - zaczął flegmatyczny grubas. Weszli już na zamieszkane obszary i ludzie (a raczej ich dusze) zaczynali im się uważnie przysłuchiwać.
- Nie jestem twoją babcią, synku! – huknęła staruszka alfa, podciągając bojowo pas z amunicją. Znudzone dziecko pociągnęło zrośniętą matkę między majaczące na horyzoncie budynki. Ziemia była tu aż czarna od owadzich trupów, chrzęszczących nieprzyjemnie pod stopami. Opary środków owadobójczych ograniczały widoczność. W prawie wszystkich oknach wisiały oblepione ofiarami lepy, a pod sufitami jarzyły się groźnie fioletowe lampy – owadzie odpowiedniki krzeseł elektrycznych. Większość tutejszych budowli sprawiała wra-żenie bardzo starych, unowocześnianych w miarę następowania nowych stylów i trendów architektonicznych. Praktycznie wewnątrz każdego domu płonęło domowe ognisko. Nad jed-nym z takich palenisk piekła się na ruszcie jakaś dziewczyna. Sądząc z min stojących nad nią chłopaka i jego rodziców, ofiara wyraźnie nie przypadła tym ostatnim do gustu…
Tymczasem zbiorowisko wokół babci alfa zaczęło gwałtownie przybierać na sile i dzielić się na przeciwne obozy. Znalazło się nawet kilkudziesięciu joginów, którzy otoczyli staruszkę zwartym kołem i wydawali z siebie godowe porykiwania. Pies erudyta eufemista poprawił smyczowy krawat i wspiął się na tylne łapy.
- Drodzy współposzukiwacze doznań empirycznych i wy, szacowne pośmiertne powłoki, uspokójcie się, proszę! Jestem pewien, że wspólnymi siłami potrafimy dojść do konsensusu.
Otaczające babcię alfa zbiorowisko ucichło i zaczęło szeptać między sobą.
- Co on tam gada?
- O czym on mówi?
- Rozumiesz coś z tego? – spytał strach na wróble. Pulchny hazardzista rzucił kośćmi. Wypadła siódemka.
- Nie wiem – mruknął, ocierając zroszone potem czoło chustką. Fakt, że piekło pozba-wiło go ulubionej i zarazem jedynej metody podejmowania decyzji, wyraźnie wytrącił go z równowagi. Mina stracha świadczyła o podobnych odczuciach.
- … i dlatego zachęcam was, drogie dusze, do zaprzestania bezcelowych dywagacji i złożenia skargi do pionu decyzyjnego, czyli przez portiera na ręce samego Belzebuba…
- Że co?
- Niech sobie mówi, co chce! Idziemy do portierni! – zawołał ktoś z tłumu.
- Niech poślą po kierownika!
- Zgoda! – poparło swych przedmówców kilka innych głosów i tak oto chmara przed-pieklan ruszyła w kierunku portierni. Pies erudyta-eufemista westchnął i opadł na cztery łapy. Dante ukrył twarz w dłoniach.
- Wyleją mnie – jęknął.
- Daj pan spokój – babcia alfa poklepała go uspokajająco po plecach. – Ruszajmy! - za-wołała dziarsko, cierpliwie oganiając się przy tym parasolką od wielbicieli-joginów. Dante, pomrukując pod nosem, wrócił niemrawo na czoło pochodu. Po paru chwilach był już wesoły, jak szczygieł. I jak to nakazywał regulamin.
- A oto i pierwsza z podziemnych rzek – Acheront!
- Na razie nie widzę żadnej rzeki, tylko jakieś mrowki! – prychnęła babcia.
- Nie mrówki, tylko autostopowicze. Wszyscy czekają na przeprawę…
- Słucham?! No, w takim razie mam nadzieję, że promy są dość wygodne i…
- Prawdę mówiąc, jest tylko jeden. I to nie prom, a łódka…
- CO?! Jeden przewoźnik na całe piekło?! Toż to skandal! To bezprawie! To… - sta-ruszka aż się zatknęła, manipulując nerwowo przy pasie z amunicją. Gdy jej palce wyłuskały pierwszy nabój, w spojrzeniu niespełnionego terrorysty zagościła nadzieja.
- Nie mam zamiaru zapuszczać tu korzeni! Prowadź nas na brzeg przed przystanią, z dala od tej tłuszczy! Będziemy łapać tego… tego całego przewoźnika, zanim tu dopłynie!
- Kiedy… nie wolno nam – Dante przestraszył się nie na żarty. Staruszka wycelowała w niego nabój.
- Bzdura! Albo ty nas tam zaprowadzisz, młodzieńcze, albo ja to zrobię!
- Ale… - florentczyk powiódł błagalnym wzrokiem po pozostałych. Grubas odnalazł w fałdach koszuli aparat i uśmiechał się flegmatycznie do swego znaleziska. Dwaj zdezoriento-wani hazardziści wzruszyli ramionami na znak, że im wszystko jedno.
- Ja nie chcem czekać! – oznajmiło płaczliwie dziecko, usiłując wyrwać matce rękę ze stawu.
- Patrząc na rzecz od strony czysto praktycznej, mamy stosunkowo niewielki procent szans na jakiekolwiek straty w takim przedsięwzięciu – oznajmił pies erudyta-eufemista. Zre-zygnowany Dante posłusznie odbił w lewo. Po paru minutach szybkiego marszu tylko cichną-cy gwar świadczył o tym, że zostawiają w tyle nieprzebrane rojowisko ludzkie. Wreszcie ich oczom ukazały się ciemne brzegi Acherontu. Eskapada zatrzymała się.
- I co teraz? – spytał strach na wróble.
- Czekamy.
Więc czekali. Minuty, godziny, dni, lata… Kto to wie? I komu ta wiedza do szczęścia potrzebna?
- Tam! – pulchny hazardzista wskazał na niespiesznie sunącą ku nim jasną plamkę na te ciemnej wody. Z czasem plamka okazała się starcem w łódce, ze splątaną, siwą brodą i latar-niami zamiast oczu .
- Heej! Hej! Tutaj! – zaczęli przekrzykiwać się wzajemnie turyści.
- Witaj, Charonie! – Dante nieśmiało pomachał upiornemu starcowi. Ten łaskawie zwrócił na nich latarnie i w milczeniu wiosłował dalej w kierunku przystani.
- Przepraszam najmocniej, panie Charonie, ale czy istniałaby przypadkiem ewentualnie okoliczność sprzyjająca temu, byśmy mogli zostać przewiezieni twą wielce szanowną, wodną jednostką poza kolejnością? – spytał jednym tchem pies erudyta-eufemista. Charon wbił la-tarnie w przestrzeń.
- Zastanowię się – oznajmił głucho. Jego głos brzmiał jak śmiertelnie ranny, olbrzymi dzwon. Cała dziewiątka patrzyła bez słowa, jak zmierza ku przystani, by wreszcie zniknąć gdzieś za ścianą wyciągających kciuki dusz.
- I co teraz? – powtórzył strach na wróble.
- Czekamy – powtórzył Dante.
Więc znów czekali i znów nikt nie wiedział, ile, i znów nikogo to nie obchodziło. Oswo-jeni hazardziści zaczęli grać w karty. Strach na wróble rozłożył talię i z uśmiechem wyrzucił pierwszą kartę. Jego pulchny towarzysz wymownie popatrzył na trójkę kier i z westchnieniem wziął ją siódemką. Chudy hazardzista wyłożył swoje karty na ziemię. Tak, jak się spodziewał, nagle wszystkie okazały się trójkami.
- Heej! Hej! Tutaj, Charonie, tutaj! – zaczęli wołać na widok zbliżającej się ku nim jasnej plamy.
- I jak? Zastanowiłeś się? – spytał Dante.
- Tak.
- Więc?
- Cierpliwości – Charon odepchnął się mocniej i ruszył ku przystani.
- Czy pana to bawi?! – huknęła za nim staruszka.
- I co teraz? – spytał strach na wróble.
Nie możesz pisać nowych tematów Możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum