Zarejestruj się u nas lub też zaloguj, jeśli posiadasz już konto. 

 Ogłoszenie 
Witamy na forum Internetowego Klubu Autorów Rozmaitych. Zapraszamy zarówno Ikarytów, jak i nie-klubowiczów do dyskusji, ćwiczeń i szlifowania warsztatu. Gwarantujemy, że czas spędzony na forum Ikara nie będzie czasem straconym. Jesteśmy tu po to, by uczyć się tworzyć teksty literackie, wspierać dobrą radą, oraz poznawać ludzi o podobnych zainteresowaniach. Celem klubu przede wszystkim jest dobra zabawa, rozwijanie talentu i rozmowy około literackie.

Poprzedni temat :: Następny temat
Zamknięty przez: Ag
2010-05-10, 15:11
Alkohol i demony
Autor Wiadomość
czarna orchidea 



Czy jesteś spamerem?: O życiee kocham cię, kocham cię, kocham cię nad ży
Czy umiesz pisać?: oł jeee!
Czy umiesz czytać?: co za pytanie?
Dołączyła: 24 Lis 2008
Posty: 461
Skąd: Zduńska Wola
Wysłany: 2010-04-13, 22:53   Alkohol i demony

Alkohol i demony
Wąski, ciemny korytarz zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Mijała kolejne metalowe drzwi. Próbowała otworzyć którekolwiek z nich. Bezskutecznie. Zewsząd otaczały ją szepty. Nie potrafiła zlokalizować skąd dochodziły. Raz odnosiła wrażenie, że zza drzwi, innym, że spod podłogi. Teraz wydawało się, że słyszy je za plecami. Obejrzała się trwożliwie. Nie było nikogo. Ciało dziewczyny przebiegł dreszcz. Bynajmniej, nie z powodu panującego tu chłodu. Przystanęła chwilę, by szczelniej otulić się krótkim płaszczem. Długie, kruczoczarne włosy owinęła dokoła szyi tworząc namiastkę szala. Wciąż było jej zimno.
Ruszyła dalej. Wydawało się, że korytarz wreszcie osiągnie kres, gdyż na jego końcu tliło się światło. Przyspieszyła kroku. Stukot szpilek odbijał się od ścian korytarza i brzmiał drażniąco. Zaczęła biec. Pomimo tego upragnione wyjście wciąż wydawało się być poza zasięgiem. Głosy już nie były szeptami, lecz żałosnymi jękami. Nie mogła rozróżnić w jakim języku mówiono, gdyż wszystko mieszało się, tworząc istną wieżę Babel. Przystanęła i usiłowała dłońmi stłumić natarczywość dźwięków. Jęki i krzyki były nie do wytrzymania. Trwały, by przeistoczyć się w przeraźliwy jazgot. Ciągły, męczący, którego nie była w stanie znieść.
Gdy przerażenie sięgnęło krytycznego momentu, niemal nie doprowadzając dziewczyny do obłędu, wszystko ucichło. Cisza absolutna – przeraźliwa w swej wymowie. Nie słyszała nawet własnego oddechu, a przecież powinien być głośny i przyśpieszony z powodu strachu, jaki nią zawładnął.
W korytarzu zrobiło się gorąco. Nad górną wargą i na czole dziewczyny skroplił się pot. Otworzyły się jedne z drzwi. Bezgłośnie i powoli. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Zanim zrobiła krok, minęła niemalże wieczność. Gdy stanęła w progu pomieszczenia, jej oczom ukazał się kuriozalny obraz.

***
Judyta sięgnęła po wypełnioną bursztynowym płynem szklankę. W uszach miło rozbrzmiewał lekko ochrypły, seksowny głos Duffy. "Cry to me" – z tym kawałkiem wiązały się wspomnienia jednej z wielu upojnych nocy. Kołysała się leniwie w rytm piosenki. Kostki lodu przyjemnie stukały o krystalicznie czyste szkło. Wzięła niewielki łyk i delektowała się smakiem, przytrzymując płyn w ustach. Piekło przyjemnie, aż zdrętwiał jej język. Przełknęła trunek. Błogie ciepło rozlało się po klatce piersiowej i wolno spłynęło do żołądka. Uwielbiała ten moment. Preferowała whisky, brandy i koniak. Prywatnie, interesowała się nawet historią ich powstania. Innymi alkoholami gardziła.
Zawód jaki wykonywała regularnie dostarczał jej napojów wyskokowych najwyższej klasy. Barek był zaopatrzony lepiej, niż w niejednym szanującym się lokalu. Jako znany chirurg plastyczny, często bywała obdarowywana przez pacjentów.
Piła, bo miała ku temu cztery istotne powody.
Pierwszy – samotność. Umawiała się na randki wiele razy. Wzięcie miała spore, zważając na status i urodę, której Bozia jej nie poskąpiła. Jedynym problemem było to, że nie potrafiła utrzymać faceta przy sobie dłużej, niż na jedną pieprzoną noc. Uciekali tak szybko, jak szybko lądowali z nią w łóżku. Drugi powód – typowo babski - to upływ czasu. Miała 35 lat, a ciało i twarz dwudziestopięciolatki. Operacje plastyczne, liczne liftingi i fotoodmładzanie – korzystała skwapliwie z cywilizacyjnych dobroci. Psychicznie jednak odczuwała ciężar zbliżającej się nieuchronnie czterdziestki.
Uważała się ponadto za dobrego chirurga, choć na koncie miała kilka nieudanych zabiegów. Wydawało jej się, że tylko ona wiedziała, jaka była przyczyna ich mizernych wyników. Wykonywała operacje na kacu, ot co.
Powód trzeci był banalny – ktoś musiał pić alkohol zalegający w barku.
Czwarty, był problemem natury psychicznej, przysparzał najwięcej zmartwień i był co najmniej w osiemdziesięciu procentach powodem – powiedzmy szczerze – alkoholizmu Judyty. Bowiem wydawało się jej, że widzi i słyszy dziwne rzeczy.
Łyknęła ostatni haust niebiańskiego trunku. Kojące ciepło. Błogie rozleniwienie. Stojąca na ławie butelka Curvoisiera, została opróżniona. Do ostatniej kropli.
Zwlokła się z głębokiego, skórzanego fotela i chwiejnym krokiem, potykając się o porozrzucane na dywanie torebki, buty i inne części garderoby, zdążała do barku po kolejną dawkę zapomnienia.
Jednak zamierzonego celu nie osiągnęła. Upadła, zawadzając o narożnik kominkowego podestu. Kilkakrotnie usiłowała się podnieść – bez skutku. Dała za wygraną i w końcu zasnęła, leżąc na brzuchu z rozrzuconymi dokoła głowy kruczoczarnymi włosami i zadartą po pas koszulką. Stanowiła diabelnie apetyczny kąsek z nagimi pośladkami i długimi, smukłymi nogami, rozłożonymi w zachęcającej pozie.
Z głośnika nadal sączył się podniecający głos Duffy:
„Im begging you for mercy…”

***
Niewielki pokój miał bardzo niski sufit i ciemne obicia ścian, przez co sprawiał przytłaczające wrażenie - wręcz klaustrofobiczne. Na środku stał okrągły stół, przy którym siedziały cztery osoby. Co do ich tożsamości dziewczyna nie miała cienia wątpliwości. Pierwszym od lewej, w pełnym żołnierskim rynsztunku, był słynny francuski wódz - Napoleon Bonaparte. Drugim niechybnie Jasper Newton Daniel, znany jako „Jack”. Trzeci przypominał postać z etykiety Johnego Walkera, z tą jednak różnicą, że posiadał twarz Aleksandra Walkera. Czwarty miał na głowie ohydny, czarny cylinder, pasiaste spodnie i zbyt ciasny frak. Jego twarz przywodząca na myśl drapieżnego ptaka wypatrującego zdobyczy, była maską, stopy zaś stanowiły kopyta. Czart?– zapytała w myślach i aż zatrzęsła się z obrzydzenia.
W dłoni gęsto porośniętej czarnymi włosami, osobnik trzymał czerwony kubek i energicznie nim potrząsał. Wyrzucił zawartość na stół i z tryumfem w oczach spojrzał na siedzącego obok Napoleona.
Zbliżyła się do stolika. Dopiero teraz zwróciła uwagę na stojące na stole butelki z alkoholem. Symbolizowały one współbiesiadników.
Co to ma być do cholery? – ze zgrozą patrzyła na osobliwą scenę rozgrywającą się na jej oczach i zastanawiała się, po co tu jest i o co grają w kości.
Na oczkach kostek wyrzuconych przez czarta, widniały trzy szóstki.
Z zapatrzenia wyrwał ją nieprzyjemny, zgrzytliwy głos postaci w cylindrze:
- Dalej, wodzu! Pokaż, na co cię stać! Na polu bitwy wykazywałeś się godną pochwały taktyką. Tu niestety, potrzebne jest szczęście!
Bonaparte tylko raz zagrzechotał zawartością kubka i wyrzucił zaledwie dwie jedynki i trójkę. Zrezygnowanym ruchem oddał kości siedzącemu obok.
- Walker, postaraj się! Nie spieprz tego! Daj z siebie wszystko, Johny! Nie pozwól mi wygrać! – szydził i naigrawał się z kolejnego gracza czart.
„Kroczący gentleman” długo potrząsał kubkiem, jakby miał w zamiarze zmusić kostki do ułożenia się w taką, a nie inną kombinację. Niestety! Na leżących na stole bryłkach, widniały trzy piątki.
Przyszła kolej na Danielsa. Z hardą miną chwycił naczynie z kośćmi i po trzech potrząśnięciach, mocno postawił je na środku stołu. Uniósł kubek – dwie szóstki i jedynka.
Konsternacja odmalowała się na twarzach Napoleona, Daniels’a i Walkera. Mieli jeszcze dwie kolejki rzutów. Może się uda?
Dziewczyna patrzyła jeszcze przez chwilę, ale wiedziała, że tak naprawdę nie mają szans z graczem w cylindrze. Zawsze będzie wyrzucał trzy szóstki. Diabelskie sztuczki!
Odniosła wrażenie, że stała w pokoju niezauważona; ona widzi ich, ale oni nie widzą jej. Myliła się.
- O co chcesz zapytać? – spojrzał na nią czart wzrokiem tak potępiającym, że niemal skurczyła się pod jego wpływem.
- Co? Ja? – wystraszona nie potrafiła wydusić z siebie nic prócz tych dwu słów.
- Tak…ty moja droga – odparł.
- Po co tu jestem?
- Nie wiesz? – zapytał zdziwiony.
Odsunął krzesło. Patrzyła z przerażeniem na unoszącą się postać. Była ogromna. Górowała nad nią, ogarniając swym cieniem.
- Toczyła się gra o twoją duszę – odrzekł. – Przegrali, jak zresztą sama zauważyłaś – cedził słowa hipnotycznie, patrząc w jej rozszerzone ze strachu źrenice. Zaniósł się śmiechem, którego brzmienie, niemal przyprawiło ją o mdłości.
To nie dzieje się naprawdę! Ocknij się! To na pewno nie dzieje się naprawdę – powtarzała w myślach i powoli cofała się ku wyjściu.
- Dokąd to moja droga? Gdzie ci tak spieszno? – jednym susem znalazł się przy niej i wpił szponiaste łapska w jej szczupłe ramiona.
Patrzył w oczy dziewczyny tak głęboko, jak gdyby widział całe wnętrze jej jestestwa.
Zrobił kilka kroków dokoła, stukając kopytami o drewnianą podłogę. Stanął za nią. Odgarnął włosy i gładził zwierzęcymi łapskami delikatną skórę karku. Zamknęła oczy i zacisnęła zęby spodziewając się najgorszego. Wtedy, podmuch jego obezwładniającego oddechu powalił ją na ziemię.

***
- Judyta! Judyta! Ocknij się! – ktoś potrząsał jej ramieniem.
- Mmhmmmm…- wydała z siebie nieartykułowany dźwięk.
- Coś ty ze sobą zrobiła?! – młody mężczyzna szarpnął ją mocno za przedramiona i uniósł nad podłogę. Nie spodziewał się jednak tak zdecydowanego oporu ze strony wątłej i do tego skacowanej kobiety.
- Zostaw mnie! Przyszedłeś po moją duszę?! Wal się sukinsynie! Nie oddam ci jej tak łatwo! – krzyczała, usiłując wyrwać się z uścisku obejmującego jej ciało, niczym kaftan bezpieczeństwa.
- Co cię opętało do cholery?! Zwariowałaś?! – wysapał mężczyzna starając się uspokoić wierzgającą Judytę. - Jaką znowu duszę? W ogóle ją masz? – zapytał rozluźniając uścisk i stawiając oprzytomniałą już dziewczynę, na podłodze.
Patrzyła na niego, ale odniósł wrażenie, że jej wzrok przenika przez niego i błądzi gdzieś w nicości. Wyglądała w tym momencie żałośnie.
Opuściła bezradnie ręce i usiadła po turecku na dywanie. Na przemian śmiała się i płakała.
- Co się ze mną dzieje? – zapytała skubiąc mankiet wygniecionej koszuli.
- Zapiłaś i takie są skutki – stwierdził lakonicznym tonem Eryk – kolega po fachu, który potajemnie podkochiwał się w Judycie od kilku dobrych lat, o czym ona nie miała bladego pojęcia. – Mogłabyś doprowadzić się nieco do porządku? – zagadnął ironicznie. - Wybacz, ale widok twojej nagiej pupy był dla mnie wystarczająco męczący – jeśli wiesz co mam na myśli – dodał żartobliwie.
- Nie przesadzaj! – fuknęła, spoglądając na niego spode łba.
Stał oparty o kominek z rękoma założonymi na klatce piersiowej i skrzyżowanymi nogami – wyglądał pewnie i władczo.
- Nie przyszło ci nigdy do głowy kretynko, że mam ochotę pobawić się twoją słodką pupą? Albo, że zależy mi na tobie i martwię się za każdym razem, gdy wlewasz w siebie hektolitry trunków, a potem leżysz niczym w barłogu, do tego z gołym tyłkiem? – cedził słowa, nie oczekując jednak, by przyniosły oczekiwany skutek.
- Nawet nie zamknęłaś drzwi! – dodał dla wzmocnienia dramaturgii swej poprzedniej wypowiedzi. – Przerżnęli by ci tyłek i nawet byś o tym nie wiedziała – zaczął miotać się po pokoju, karcąc Judytę spojrzeniem.
- Och…Przestań już! – żachnęła się.
Wstała i podążyła w kierunku barku.
- O co to, to nie! Dokąd, moja droga? – podbiegł i chwycił dziewczynę za nadgarstek. Przyciągnął do siebie. – Koniec z tym! Słyszysz?! Koniec pieprzonego picia! Zrozum…Zależy mi na tobie i nie pozwolę ci się dalej staczać! – cedził przez zęby, patrząc w piwne, szeroko otwarte z zaskoczenia oczy. Nosem niemal dotykał jej nosa. Chwilę trwali w niemym uścisku. Czuła jego twardniejącą męskość. Puls pożądania.
Wsunął rękę pod jej włosy i delikatnie ujął za kark. Nie potrafił się opanować. Nie teraz. Pragnął tego tak mocno. Czuł, że jeśli za chwilę nie wydarzy się nic, co by ulżyło jego cierpieniu, eksploduje. Pochylił głowę i otulił wargami jej drobne, pełne usta. Pachniała intensywnie alkoholem i perfumami. Nie dbał o to. W tym momencie myślał jedynie o spełnieniu swego pragnienia.
Odpowiedziała na pocałunek z żarliwością, o jaką nigdy by siebie nie podejrzewała. Zatonęła w cieple jego ust. Upajała miękkością warg i natarczywością języka. Jakim cudem przez tyle lat opierała się takiej namiętności?
- Eryku! Ery…- zamknął jej usta kolejnym pocałunkiem. Błądził gorączkowo dłońmi pod cienką koszulką, badając zakamarki ponętnego ciała.
Pragnął jeszcze więcej.
Judyta poddała się pieszczotom. Głód uczucia i czułości był silniejszy od alarmującego dzwonka, który gdzieś tam cicho pobrzękiwał w zawiłych zwojach rozgorączkowanego mózgu.
- Pragnę cię! Słyszysz?! Tu i teraz! Proszę! Pozwól się kochać! Judyto, proszę - zatracił się zupełnie. Przepadł z kretesem. Drżały mu dłonie i nerwowo usiłował rozpiąć pasek.
Wtedy go odepchnęła. Zatoczył się zdezorientowany.
Stał oparty o ścianę, nabuzowany do granic możliwości i z trudem łapał powietrze.
Ona, patrząc na niego wzrokiem winowajczyni, rzuciła najbardziej banalnym tekstem, jakim było można:
- Też cię pragnę! Ale teraz nie mogę! Po prostu, nie chcę! Boję się kolejnego rozczarowania – stała przed nim z opuszczonymi rękoma, prawie naga i bezbronna.
Mógłby ją mieć, gdyby chciał. Ale nie o to mu przecież chodziło.
- Jestem samotna, Eryku. Bardzo samotna – dodała.
Ochłonął nieco. Poprawił ubranie i stwierdził z cynizmem:
- Widocznie niewystarczająco okazywałem pani doktor, że mi na niej zależy i że nie jest dla mnie wyłącznie obiektem pożądania seksualnego.
Chwycił stojącą opodal drzwi teczkę i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Judyta oniemiała. Po chwili jednak przetłumaczyła sobie całe zajście, na swój sposób. Cóż…Przyszedł, nie dostał czego chciał, więc szybko wyszedł. Nic się nie zmieniło.
No, może z wyjątkiem tego, że jej nie przeleciał.
Tak naprawdę, bardzo tego chciała. Wzbudził w niej coś, czego nie czuła od dawna. Wywołał poruszenie w sercu. A tam od bardzo dawna panował marazm.

***
Ocknęła się i uniosła głowę nieco nad podłogę. Leżała w salonie. Na dywanie poniewierały się jej ubrania i inne babskie drobiazgi. Uniesienie ciała do pozycji siedzącej było nie lada wyczynem. Ból głowy, tępy i nieustający. Odczucie, jakby coś we wnętrzu czaszki rozpychało się z całej siły, próbując wydostać się z pułapki. Świat wirował, niczym diabelski młyn.
- Pieprzony kac – rzekła do siebie półgłosem i zmieniła pozycję na dogodniejszą.
Szurając kolanami, jedna noga za drugą, powlokła się do łazienki. Uwieszona obrzeży sedesu, jak ostatniej deski ratunku, pochyliła się nad głębią muszli. Ciało, mimo podparcia i wydawałoby się stabilnej pozycji na klęczkach, chwiało się dziwnie na boki, to w tył, to znowu w przód, jak gdyby jego właścicielka nie miała nad nim żadnej władzy.
Czuła zbliżające się torsje. Chlustający strumień palącej zawartości żołądka, wstrząsał jej ciałem. Miała wrażenie, że za chwilę pozbędzie się wnętrzności. Moment wytchnienia i wszystko powtarzało się jeszcze kilkakrotnie.
Wreszcie poczuła ulgę. Obtarła wierzchem dłoni zabrudzone wymiocinami usta i odgarnęła cuchnące, przyklejone do twarzy strąki włosów.
Czuła się gorzej niż fatalnie. Dawno nie miała po alkoholu takiego odlotu, jak ten ostatni.
Spojrzała w lustro wiszące nad umywalką. Wstrząsnęło nią to, co w nim ujrzała. Na widok własnego odbicia, mało ponownie nie dostała torsji.
Odkręciła kurek. Przysiadłszy na brzegu wanny bezmyślnie wpatrywała się w strumień wody. Zrzuciła koszulę i zanurzyła ciało w kojącej kąpieli.

Było późne popołudnie. Piła kawę i czytała szmatławe czasopismo dla kobiet, gdy do jej uszu dobiegł drażniący odgłos pagera. Pewnie wezwanie do kliniki? – pomyślała i podeszła, by wygrzebać z dna torebki dokuczliwe urządzenie.
Napis na wyświetlaczu komunikował o poważnym, wręcz naglącym przypadku. Musiała się szybko pozbierać i doprowadzić do należytego wyglądu. Nikt nie może się domyśleć, że piła. Wpakowała do ust trzy pastylki winterfresh. Niemal w biegu zrobiła pobieżny makijaż i włożyła kolejne warstwy ubrań. Nie bardzo miała czas, by pomarudzić, że nie ma się w co ubrać. Stojąc w windzie i poprawiając krzywo założoną spódnicę, uświadomiła sobie, że nie założyła majtek. Chyba nie wytrzeźwiała jeszcze na tyle, by operować. Nerwowo przygryzała dolną wargę i jak zwykle skubała róg mankietu od koszuli. Miała złe przeczucia.

***
Będąc już w klinice, nie mogła uwierzyć w to, co zobaczyła.
Powtarzała w myślach, że to niemożliwe, że to tylko okrutny żart. Niestety! Leżał tu, na stole operacyjnym, ze zmasakrowanym ciałem i prawie bez twarzy.
Jak się dowiedziała, Eryk zaparkował auto na mieście. Był w trakcie załatwiania ważnej sprawy rodzinnej – ubezpieczenia, czy coś w tym rodzaju. Ze względu na godziny szczytu, panował spory ruch. Wysiadając z samochodu, nie zauważył nadjeżdżającego autobusu, który nim zaczął hamować, zdołał przeciągnąć bezwładne ciało Eryka kilkadziesiąt metrów.
Następstwa wypadku były tragiczne: zmasakrowana twarz i ciało, połamane i częściowo zmiażdżone kończyny, rozległe obrażenia wewnętrzne; pęknięcia i złamania żeber, które stały się bezpośrednią przyczyną uszkodzeń śledziony oraz odmy opłucnej.
Starała się ukryć, jak dalece wstrząsnął nią widok mężczyzny, z którym jeszcze kilka godzin temu nieomal się kochała. Zasłoniła dłonią usta i wybiegła z sali. Z trudem powstrzymała wymioty. Nie była w stanie myśleć o niczym innym, tylko o namiętnych i gorączkowych pocałunkach Eryka. Nie mogła tu zostać…Nie tym razem.
Udała się do gabinetu ordynatora oddziału chirurgii - doktora Stena. Wyprosiła kilkutygodniowy urlop. Potem już tylko piła.

Minęły cztery tygodnie. Judyta wróciła do pracy. Wiedziała, że Eryk przeżył wszystkie operacje i że właśnie czeka na plastykę. Nie było w chwili obecnej żadnego chirurga plastycznego, który mógłby operować. Doktor Kostecka, uznana w tej dziedzinie specjalistka, złamała właśnie rękę. Judyta miała ją zastąpić. Była zdruzgotana. Zdawała sobie bowiem sprawę, ze stanu, w jakim się znajduje.
Czy Eryk wie o zmianie lekarza? Czy, gdy ją zobaczy, nie zaprotestuje? Czy wstydliwa tajemnica ujrzy światło dzienne? – zastanawiała się, stojąc przed salą, w której go umieszczono. Nie chciała tam wchodzić. Musiała jednak sprawdzić stan pacjenta i fachowym okiem ocenić rozległość uszkodzeń. Kilka godzin przed operacją, nerwowo przerzucała dokumentację szpitalną Eryka. Jego stan nie był jeszcze stabilny. Serce waliło jej, jak oszalałe. Kątem oka zauważyła, delikatnie unoszący się od uderzeń fartuch lekarski. Musiała już iść. Przygotować się do zabiegu, który być może ujawni prawdę. Bała się swoich przeczuć. Bardzo się bała. Długo myła ręce, jak gdyby mogła zmyć z siebie cały strach i wypłukać alkohol krążący w żyłach. Patrzyła przez szybę, jak przygotowują Eryka. Otrzymała sygnał, że może przystąpić do operacji.
Weszła do sali. Założono jej rękawiczki, fartuch i maseczkę. Wizualnie, była gotowa. Psychicznie, czuła się podle.
Zaczęła zabieg. Wciąż odczuwała minimalne drżenie dłoni. Jeden błąd, omsknięcie się dłoni i... - zdawała sobie sprawę z zagrożenia. Miała nieodparte wrażenie déja vu; przeczucie, że stanie się nieszczęście. Ciało Judyty stało się wilgotne od potu. Anestezjolog, spojrzał podejrzliwie na lekarkę.
- Wszystko w porządku, doktor Brożyńska? – pytanie tak ją zaskoczyło, że przez chwilę nie odezwała się słowem. Po ruchach dłoni było jednak widać, że wywołało zdenerwowanie.
- Tak, doktorze Sten. W jak najlepszym – odpowiedziała dość pewnym tonem i poprosiła instrumentariuszkę o nóż.
Tak naprawdę, nic już nie było w porządku.
Z tą właśnie chwilą, umysł pani chirurg przestał należycie działać.

Głosy… Początkowo myślała, że to złudzenie. Teraz jednak słyszała je wyraźnie. Przybliżały się.
Dłonie Judyty nadal pracowały przy stole operacyjnym, jednak ich drżenie tym razem nie umknęło uwadze współ operujących lekarzy oraz znajdujących się na sali stażystów. Zaczęła się bitwa na ukradkowe, porozumiewawcze spojrzenia, które wreszcie dotarły do doktora Stena.

***

Znów ciemny korytarz. Głosy? Nie, to już nie głosy, to jęki. Słyszała je wyraźnie. Tym razem rozróżniała pojedyncze słowa lub ich zlepki: „to ona…”, „zobacz”, „ona mi to zrobiła”, „pijaczka”, „ty wredna suko”, „zabiłaś i wciąż to robisz”, „pieprzona zdzira” i wiele innych mniej lub więcej obelżywych epitetów. Co jakiś czas docierały do niej strzępki, jak gdyby wyrwanych z kontekstu fragmentów rozmów: „co ty do cholery robisz?!”, „zabierzcie jej to… cholera!”, „Boże, doktor Brożyńska!”, „zatrzymuje się!”, „tracimy go!”, „resuscytacja…”.
Wtedy ich zobaczyła. Otaczali ją zewsząd. Niby fatamorgana. Drżące, przybliżające się postaci. Szkaradne, ze zniekształconymi, wykrzywionymi w pseudo uśmiechu ustami, asymetrycznymi zeszpeconymi piersiami, skórą rozłażącą się na pękniętych szwach. Chyba domyślała się kim są, lecz bała się do tego przyznać.
Ponownie znalazła się w pokoju ze stolikiem. Tam, samotnie przy butelce Johny Walkera, siedział mężczyzna w masce.
- Wróciłaś – stwierdził ze satysfakcją. Rozparł się na krześle nonszalancko zakładając nogę na nogę i świdrującym spojrzeniem zza maski, przewiercał ją na wylot. Usta wykrzywiał mu ironiczny grymas. - Chyba najwyższa pora, żebyś zrozumiała wreszcie, o co w tym wszystkim chodzi – dodał.
- Po co tu jestem?! – krzyknęła Judyta – Nie podoba mi się to wszystko! W szczególności, ty!- odpowiedziała lekceważąco, choć była przerażona nie na żarty. Odwróciła się na pięcie, w celu jak najszybszej ewakuacji. Jednakże głos, który usłyszała w tej samej chwili, powstrzymał ją w pół kroku.
- Napijesz się? – brzmiało to znajomo. Z nadzieją, że się nie myli, skierowała spojrzenie w stronę dochodzących słów.
- Boże! Eryk? – wykrztusiła z siebie – to naprawdę ty? – podbiegła i już miała rzucić mu się na szyję z radości, gdy dostrzegła maskę w jego dłoni.
- Dlaczego mi to robisz? Jaką satysfakcję czerpiesz z dręczenia mnie w ten sposób? Co chcesz osiągnąć? – spytała wystraszonym, prawie płaczliwym tonem.
- Operowałaś po pijanemu. Ukrywałaś przed wszystkimi skłonność do nadużywania alkoholu. Jestem pierwszym pacjentem, którego operowałaś będąc pod wpływem. Zmarłem na stole. Zabiły mnie twoje pieprzone halucynacje! Na chwilę odleciałaś i frrrr…ja również odleciałem, ale w zaświaty. Oczywiście uznano, że nastąpiły komplikacje i nic nie dało się zrobić… Ale prawda była inna. Któż by jednak podważał autorytet pani doktor Brożyńskiej? Kto by się ośmielił? – perorował zapamiętale, co chwila wskazując na nią szponiastym palcem.
- Więc Eryka nigdy nie było? To wymysł mojej chorej głowy? – pytała z niedowierzaniem. – Zaczęło mi zależeć na kimś, kto nie istnieje?! – mówiła coraz głośniej i nerwowo szarpała mankiet żakietu. – Oni też są tu z mojego powodu? Prawda? – zapytała. – Te wszystkie szkaradne postaci, to ofiary mojego alkoholowego otumanienia? Odpowiedz, słyszysz?!
- Wreszcie zrozumiałaś – odrzekł ze spokojem. – To twoje wyrzuty sumienia. Demony twojego nałogu. Niszczą cię. Są już blisko celu. Bardzo blisko. Tuż, tuż. Depczą ci po piętach. Czujesz na plecach ich zimny, mściwy oddech. Włażą do twojej głowy, by rozgościć się tam na dobre. Mają jeden cel – zawładnąć tobą całkowicie. Zabrać ci to, na czym w życiu najbardziej ci zależy – prawo wykonywania zawodu chirurga i świadomość – sączył do jej mózgu okrutne słowa, które niczym ostrze sztyletu zagłębiały się w jej duszy, coraz mocniej i mocniej.
- To twoje prywatne piekło, kochana! – roześmiał się szyderczo i patrzył z satysfakcją na twarz Judyty, blednącą z przerażenia.
Nagle schwycił ją za włosy i pociągnął w stronę drzwi.
- A teraz pójdziesz ze mną! Pokażę ci, gdzie jest twoje miejsce! – silne szarpnięcia zmusiły jej ciało do bolesnego marszu.
- Ałaaałaaa! Ałaaaaaaaj! – jęczała z bólu, usiłując wyrwać mu z rąk swoje włosy.
- Milcz, suko! – warknął i popchnął ją na ziemię. – To jest teraz twoje miejsce! Spędzisz tu resztę swego marnego życia! – to mówiąc zatrzasnął drzwi, pogrążając Judytę w czeluściach ciemności.
Gdy jej oczy przyzwyczaiły się do panujących warunków, zrozumiała, że znajduje się w wąskim, ciemnym korytarzu, który zdawał się ciągnąć w nieskończoność.



***

Lekarze poruszeni zaistniałą na sali krytyczną sytuacją, kręcili się bezładnie, nie bardzo wiedząc, co mają ze sobą zrobić.
Doktor Brożyńska dostała dziwnego napadu paniki lub czegoś podobnego. Nikt dokładnie nie wiedział, co się stało. W wyniku tego, zamiast ratować życie pacjenta, doprowadziła do jego zgonu.
Wymachiwała nożem, jakby odganiała natrętnego owada. Nie patrzyła, co robi. Jej oczy miały dziwny, obłędny wyraz.
Anestezjolog wraz z chirurgiem asystującym - doktorem Stenem, obezwładnili oszalałą Judytę, po czym umieścili na oddziale psychiatrycznym, by zdiagnozować przyczynę ataku.
Stwierdzono zaburzenie afektywne dwubiegunowe (dawniej: zaburzenie maniakalno-depresyjne lub psychoza maniakalno-depresyjna) i wykryto we krwi lekarki pół promila alkoholu. Zamknięto w klinice psychiatrycznej i oczywiście pozbawiono prawa wykonywania zawodu – dożywotnio.

Siedziała na łóżku w białym, obficie oświetlonym pokoju. Co jakiś czas krzyczała na niewidzialną osobę. Innym razem odganiała kogoś i wciąż nerwowo skubała rękaw szpitalnego kaftana. Czasem wyruszała przed siebie, jak gdyby miała zamiar przejść przez ścianę, ale zawsze kończyła na dojściu do drzwi. Stała przed nimi i czekała. Tym razem jednak, nie była w stanie sprawdzić, czy drzwi można otworzyć. Nie było przecież klamki.
_________________
"Nie umiem tego wyrazić, ale z pewnością każdy człowiek zdaje sobie sprawę, że istnieje część nas samych gdzieś całkowicie poza nami."
Ostatnio zmieniony przez czarna orchidea 2010-04-29, 20:10, w całości zmieniany 15 razy  
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template TeskoGrey v 0.1 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne
Strona wygenerowana w 0,39 sekundy. Zapytań do SQL: 9