Zarejestruj się u nas lub też zaloguj, jeśli posiadasz już konto. 

 Ogłoszenie 
Witamy na forum Internetowego Klubu Autorów Rozmaitych. Zapraszamy zarówno Ikarytów, jak i nie-klubowiczów do dyskusji, ćwiczeń i szlifowania warsztatu. Gwarantujemy, że czas spędzony na forum Ikara nie będzie czasem straconym. Jesteśmy tu po to, by uczyć się tworzyć teksty literackie, wspierać dobrą radą, oraz poznawać ludzi o podobnych zainteresowaniach. Celem klubu przede wszystkim jest dobra zabawa, rozwijanie talentu i rozmowy około literackie.

Poprzedni temat :: Następny temat
Zamknięty przez: Ag
2010-05-10, 15:12
Kombajn zza światów
Autor Wiadomość
Shiren 
Rzemieślnik



Czy jesteś spamerem?: Ilość moich postów prawdę ci powie.
Czy umiesz pisać?: Niestety nie.
Czy umiesz czytać?: Niestety tak.
Dołączył: 23 Lis 2007
Posty: 1456
Skąd: Ciućkowo Górne
Wysłany: 2010-04-11, 22:28   Kombajn zza światów

Kombajn zza światów.

- 9 października 1829 -

Piekielny żar buchał od strony paleniska. Ogrzewające się przy nim postacie wymieniały między sobą spojrzenia, pozostawając jednak w permanentnym milczeniu. Dopiero, gdy na polanie pojawił się zbłąkany wędrowiec, jeden z nich ośmielił się przemówić.
- Spójrzcie na niego – rzekł mężczyzna, grzebiąc kijem w ognisku. – Przypomina mi lata młodości. Przypomina mi dziadka, te jego wszystkie opowieści…
- Tak, to prawda – odezwał się inny. – Mi też przypomina dziadka.
- Mi w sumie też.
Starzec podszedł nieco bliżej, wyciągając w ich stronę zaciśniętą dłoń. Gdy ją otworzył, oczom zebranych przy ognisku ukazała się garść cukierków. Każdy zjadł tylko po jednym, ale to wystarczyło. W jednej chwili wszyscy pogrążyli się we śnie.

- 9 października 1982 -

- I wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Śpij już Jacusiu – szepnęła matka zamykając książkę. – Jutro masz bardzo ważny sprawdzian. Głupio byłoby, gdybyś zaspał.
- Ależ mamo…
- Śpij. Po prostu – mówiła coraz głośniej, by w końcu krzyknąć – zaśnij, cholerny szczylu!
Chłopiec jeszcze przez chwilę patrzył na twarz matki. Mała bródka zaczynała drżeć, do oczu nabiegły łzy. W końcu wtulił głowę w poduchę. Zasnął pochlipując.
Matka zamknęła drzwi do pokoju Jacusia. Odwróciła się, chcąc zejść po schodach wprost do pokoju gościnnego, jednak na drodze stanął jej niespodziewany gość. Minę miał poważną, co jeszcze podkreślała sieć zmarszczek pokrywająca twarz. Był zły. Totalnie niemoralny.
- Nie powinnaś tak traktować własnego syna – stwierdził. – Za karę będziesz musiała zeżreć wszystkie!
W dłoni zaświeciły kolorowe papierki, w które owinięte były pachnące dzieciństwem trufle. Kobieta wzięła do ust kilka z tych smakołyków, po czym padła zemdlona na ziemię.
- Jacusiu – zaświergotał Cukierkowy Dziadek. – Teraz ja opowiem ci bajeczkę.

- Około dziewięciu lat później… -

- 1 -

W sali wykładowej panował niesamowity zaduch. Słońce rozświetlało drobiny kurzu wirujące w powietrzu. Gdzieś z oddali słychać było śpiew ptaków, nieświadomych bliskości zagłady biologicznej świata. Gdzieś już bliżej dał się słyszeć trzask łamanej kredy, poprzedzony serią wyciskających łzy popiskiwań. Ernest zastanawiał się właśnie nad jedną z tych nieistotnych spraw, które zwykle przychodzą człowiekowi do głowy podczas absolutnej nudy.
- … ale najwidoczniej pan Nowak nie ma zamiaru z nami dziś wytrzymać. – To o nim. Dopiero teraz zorientował się, że wszyscy patrzą na niego z kpiąco-wyzywającymi minami. Musieli oszaleć. – Może powinniśmy zostawić go w spokoju. Niech prześpi się jeszcze parę miesięcy.
Słaby żart. Ernest nie mógł doczekać się już opuszczenia tego dołującego miejsca. Miał dość profesorów, dość ludzi, których studenckie losy miał z założenia dzielić. Nie potrafił się zaaklimatyzować. Tak mówią psychiatrzy.
Wykładowca pożegnał ich składając życzenia z okazji jakiegoś zapomnianego druidycznego święta. Wszyscy wyszli.
Ernest skierował się od razu na parking. Czuł na sobie spojrzenia grupy odpalających się kurewek spod murów katedry. Osłonięte cieniem od słońca snuły swe mroczne, gockie spiski. Pewnie wymieniały się maksymami samobójczyń. Widział przewracającego się na chodniku pijaczka. Ludzie zachowywali się dziwnie. Czyli wszystko było na swoim miejscu.
Otworzył drzwi samochodu. Do nozdrzy trafił zapach stęchlizny. Coś, jakby zdechły kot na tylnym siedzeniu. Sprawdził czy nie ma racji. Oczywiście… nie miał. Przekręcił kluczyk w stacyjce i ruszył. Z radia dobiegł głos spikera, zapowiadającego serię deszczy, huraganów i powodzi. Zmienił stację.
Skierował pojazd w stronę jednej z dróg wylotowych. Było mu wszystko jedno dokąd dojedzie. Chciał opuścić to miasto. Coś ciągnęło go na bezdroża. Jakiś potworny głos z przeszłości. Coś o cukierkach i bajkach. Głos dziadka. Spanikował, naciskając mocniej pedał gazu. Niewiele brakowało, by wpadając w poślizg nie uderzył w jadącą z naprzeciwka ciężarówkę. W ostatniej chwili udało mu się uniknąć wypadku. Otarł pot z czoła. W tylnym lusterku widział czerwone, przekrwione od ciągłych melanży, oczy. Widział przetłuszczone, rozwichrzone, czarne włosy opadające niezbyt elegancko na twarz. Nie wyglądał dobrze.
Czuł, że go ktoś obserwuje. Czuł niepokój.
- Nie chcę żadnych cukierków! – krzyknął, po czym zatrzymał się na poboczu.
To było ponad jego siły. Nie miał pojęcia co się z nim dzieje. Odetchnął głęboko, po czym jeszcze raz uruchomił silnik. Coś go naszło, jakiś chorobliwy, szaleńczy stan, zupełnie niespodziewanie. Ale teraz już jest dobrze.
- Wszystko będzie w porządku, stary – powiedział patrząc w odbijające się w tylnym lusterku oczy. – Musi być dobrze.
Z uśmiechem zawrócił w stronę domu. Nie pamiętał już, jakim cudem znalazł się na drodze wylotowej. Nie interesowało go to zresztą. Chciał po prostu wrócić do domu i nieco odpocząć. Potrzebował snu. Dużo snu i jeszcze więcej cukierków.

- 2 -

W mieszkaniu było zupełnie ciemno. Monika musiała gdzieś wyjść. Dziwne, bo zwykle nie wychodziła nigdzie o tej porze. Ale na pewno nie poszła spać. Spojrzał na zegarek. Było piętnaście po dziesiątej.
- Monika, jesteś? – krzyknął w głąb mieszkania.
Nie opowiedziało mu nawet echo. Spróbował włączyć światło, ale przełącznik nie działał. Może nie było prądu… A może… Czuł, że tam w ciemności czai się coś niezupełnie normalnego. Być może to coś już dawno poradziło sobie z Moniką, a teraz czekało na niego, by zrobić mu zupełnie to samo. Odruchowo dobył kapcia z półki i trzymając go wysoko nad głową, niczym zabójczą broń na wszelkie stwory ciemności, ruszył naprzód.
Najpierw skierował się w stronę kuchni. Stamtąd dochodził najsilniejszy zapach zgnilizny, który w przedpokoju nie był jeszcze aż tak rażący. Teraz jednak nie sposób było go nie zauważyć. Właściwie, nazwanie tego zapachem było sporym nadużyciem. Słyszał jak buty, których nie zdążył jeszcze zdjąć, rozchlapują pokrywającą podłogę ciecz. Modlił się, by była to woda.
Dopiero, gdy załączył się prąd w mieszkaniu i kuchnię rozświetlił blask jarzeniówki, wyzbył się wszelkiej nadziei. Wokół ciała Moniki rozrzucone były najróżniejsze, opakowane w kolorowe papierki, słodycze. Rozpoznał w nich łakocie własnego dzieciństwa.
Poczęstował się jednym, starając się odwrócić uwagę od rozłupanej czaszki Moniki. Do cukierka poprzylepiane były jeszcze jej włosy. Widać, nie był szczelnie zapieczętowany. Jednak jemu nie zrobiło to różnicy. Pochłonął lepką, słodką czekoladkę oblizując się z uśmiechem. Wkrótce zjadł już wszystkie. Dopiero, gdy usiadł zmęczony pałaszowaniem na kuchennym stołku, dostrzegł czającą się w przedpokoju postać.
- Może cukierka? – spytał nieco zdyszany Ernest. Po chwili parsknął śmiechem. – Ojej, zaraz. Wszystkie zjadłem.
- Chcesz jeszcze? – zapytała postać, ni to żeńskim, ni to męskim, ale z pewnością starym i drżącym głosem. – To chodź.

- 3 -

Postać nie ujawniała twarzy. Szła szybkim krokiem, nie pozwalając się dogonić Ernestowi. Nie zauważył nawet, jak minęli korytarz, klatkę schodową i kilka pobliskich przecznic. Nie miał pojęcia jak długo postać prowadzi go ku nieznanemu. Dopiero, gdy słońce pojawiło się na horyzoncie, a wokół nich rozpostarł się nieprzenikniony, ciemny las, Ernest poczuł zmęczenie.
- Po… Poczekaj chwilę! – krzyknął w stronę nieznajomego. – Dokąd właściwie idziemy.
Mężczyzna odwrócił się teraz. Był niesamowicie stary. Ernest miał wrażenie, że jest to ktoś bardzo mu bliski. Ktoś, kogo rysy twarzy już dawno zatarły mu się w pamięci. W pustych oczodołach mężczyzny tkwił podstęp. Ciarki przebiegły po plecach Ernesta. Wzdrygnął się na dźwięk głosu starca, przypominającego teraz wilczy skowyt.
- Czy chciałbyś kosić ludzi, Erneście?
- Ja… - zająknął się chłopak. – O czym ty mówisz?
- O koszeniu ludzi. Nigdy nie słyszałeś tej legendy?
- Masz na myśli… Ponurego Żniwiarza? Kostuchę? Czy chciałbym…
Ernest czuł jak pot spływa mu po karku, po czole. Czuł przylepiające się do ciała grudki piasku, unoszone przez silne porywy wiatru. Wchodzące do oczu, wywołujące łzy drobiny piachu.
- Nie, nie chodzi mi o tą żałosną bajeczkę – roześmiał się starzec. – Chodziło mi raczej… o Kombajn Zza Światów. Powiedz więc Erneście, czy chcesz kosić ludzi?

- 4 -

Był dziewiąty października roku pańskiego tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego pierwszego. Późny wieczór. Ernest siedział na jednej z klatek schodowych wpatrując się w dziewiętnastkę na jednych z drzwi. Czuł, że długo zapamięta to miejsce. Tu zaczynała się jego historia.
Wstał ze schodów. Jednym susem doskoczył do drzwi, naciskając przy tym dzwonek. Czuł już obecność kobiety po drugiej stronie.
- Kto tam? – rozległo się pytanie z wnętrza mieszkania.
Ernest przetrząsnął kieszenie bluzy. W środku znalazł pierwszy tego wieczoru cukierek. Wyglądał na bardzo prosty słodycz, raczej niezbyt popularny w dzisiejszych czasach. Wiedział, że to nie dla niego.
- Kto tam? – powtórzyło się pytanie.
Padła odpowiedź ze strony mężczyzny, który właśnie stanął za Ernestem. Musiał to być mąż kobiety, albo ktoś w tym rodzaju, bo tamta mu otworzyła. Młody Kombajnista początkowo czuł się trochę nieswojo wślizgując się do mieszkania. Nie mógł się jeszcze przyzwyczaić do nowej roli. Nie potrafił kosić z czarem i urokiem Cukierkowego Dziadka.
Zdecydował, że nastała odpowiednia chwila by ukazać się swojej ofierze. W kieszeni czuł już spory pęk cukierków.
- Opowiedzieć ci bajkę?
- Mirek! Tu jest jakiś zboczeniec!
Nie wyglądała na zadowoloną. Wrzeszczała biegając we wszystkie strony. W końcu, z pokoju wybiegł facet, w którym Ernest rozpoznał już wcześniej męża kobiety. Z kijem bejsbolowym wyglądał teraz całkiem sexy. Ale cholernie niebezpiecznie.
- Gdzie, kobieto? – krzyczał teraz on, używając w tym celu tubalnego głosu. – Nikogo nie widzę.
Ernest przypomniał sobie, że zobaczyć go może tylko ten, kto ma zostać… skoszony. Przeszło mu przez myśl, że ludzie to nie żyto, ale tylko przez chwilę, dopóki nie rozchlastał kobiecie gardła czymś, co udało mu się wygrzebać z kieszeni, rozsypując przy okazji kilka miętówek na dywan.
- Cholera – zaklął pod nosem widząc efekty swojego niecnego występku. – Ale nabroiłem.

- 5 -

- Jacusiu – zaświergotał Cukierkowy Dziadek. – Teraz to ja opowiem Ci bajeczkę.
Chłopiec ucieszył się na te słowa. Nie miał pojęcia, że tuż nieopodal konała jego matka. Nie wiedział o trupie ojca w piwnicy.
- Czy chcesz, Jacusiu, kosić ludzi?

- 6 -

Jacek z dumą patrzył w lustro. Udało mu się pozbyć klątwy. Może tamten głupiec nie do końca nadawał się do tej roboty, ale nie był to już Jacka problem. Ciekawe jak poradzi sobie z pierwszą ofiarą. Spojrzał na zegarek. Było dziewiętnaście po dziewiętnastej. Roześmiał się na myśl, że jeszcze niedawno oznaczałoby to coś mistycznego. Teraz… miał już to wszystko w dupie.
Usłyszał rozsypujące się w kuchni sztućce.
- Co jest…
Po chwili dźwięk powtórzył się, i wkrótce na jego miejscu pojawił się odgłos kroków.
- Kto tu jest? – wycharczał ze zdenerwowaniem.
Dostrzegł jakiś kolorowy kształt na łazienkowych kafelkach. Coś, jakby trufla. Ze zdziwieniem otworzył szeroko oczy. Chciał krzyknąć. Jednak zamiast tego, rzucił się w stronę smakołyku. Nie mógł mu się oprzeć. W ustach pojawił się cudowny, słodki smak. Nieco gorzki, ale przede wszystkim pełen zabójczego cukru.
- Osłodzić ci życie, Jacusiu? – zapytał Ernest wyłaniając się zza drzwi do łazienki. Jego twarz porastała gęsta, siwa broda. W ciągu jednego dnia zmienił się nie do poznania. – Proszę, skosztuj cukiereczka. Nie krępuj się. Musiałeś zgłodnieć przez te wszystkie lata…
- Właściwie to…
- Żryj!

- 7 -

Morał opowieści wysnuć trzeba teraz
O tym, że słodycze na zdrowie są średnie
Od nieznajomego nie bierzcie cukierków
Może oddajecie życie swe bezwiednie……………. THE END
_________________
Jeg gidder ikke dessverre!
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template TeskoGrey v 0.1 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne
Strona wygenerowana w 0,23 sekundy. Zapytań do SQL: 9