Witamy na forum Internetowego Klubu Autorów Rozmaitych. Zapraszamy zarówno Ikarytów, jak i nie-klubowiczów do dyskusji, ćwiczeń i szlifowania warsztatu. Gwarantujemy, że czas spędzony na forum Ikara nie będzie czasem straconym. Jesteśmy tu po to, by uczyć się tworzyć teksty literackie, wspierać dobrą radą, oraz poznawać ludzi o podobnych zainteresowaniach. Celem klubu przede wszystkim jest dobra zabawa, rozwijanie talentu i rozmowy około literackie.
Czy jesteś spamerem?: Ilość moich postów prawdę ci powie.
Czy umiesz pisać?: Niestety nie.
Czy umiesz czytać?: Niestety tak.
Dołączył: 23 Lis 2007 Posty: 1456 Skąd: Ciućkowo Górne
Wysłany: 2010-04-11, 22:26 Potwory w galarecie
Potwory w galarecie.
Wyjazd do Edynburga okazał się bardzo udany. Udało mi się zarobić wystarczająco dużo pieniędzy, żeby na jakiś czas wrócić i godnie żyć w naszym pięknym kraju. Na początku nie było łatwo. Niby szybko znalazłem pracę, ale nie mogłem nic zaoszczędzić. Cała kasa szła na mieszkanie, opłaty, żarcie i alkohol. Dopiero po kilku tygodniach nauczyłem się mądrze wydawać swoje skromne fundusze. Kluczem do sukcesu okazały się supermarkety. Mają tam taki specjalny dział, w którym wystawiają towary tuż przed terminem ważności. To niewiarygodne, ale mięso, warzywa czy owoce, już nie pierwszej świeżości można kupić za połowę albo nawet jedną trzecia ceny. W polskich marketach to by było nie do pomyślenia. W biedronce wciskali przeterminowane mięso w cenie dobrego. Było tylko lekko podrasowane i świeciło w ciemnościach, co udało się udowodnić reporterom programu „Uwaga”. Ale to wiadomo, inna kultura, mentalność, w ogóle inny świat. Świat, w którym nie trzymało mnie już zbyt wiele. Właściwie tylko rodzina i przyjaciele, dla których wracałem.
Tak czy inaczej w dziale z krótkim terminem ważności pojawiały się stopniowo coraz nowsze artykuły. Trafiło mi się mleko, jogurty, żółty ser, parówki. Ale i tak największym hitem okazały się galaretki owocowe. Miały różne smaki – truskawkowy, cytrynowy, wiśniowy, gruszkowy. I kosztowały zaledwie kilka pensów. Przyzwyczaiłem się do nich do tego stopnia, że kupowałem jedną codziennie. Dzień przed wyjazdem zdałem sobie sprawę z tego, że w Polsce będzie mi ich bardzo brakowało. Przyznam szczerze, uzależniłem się od tej cholernej galaretki. Dzień przed odlotem wykupiłem wszystkie, jakie były w sklepie. Obsługa specjalnie się nie zdziwiła. W końcu Polak potrafi. Przelałem wszystkie czterdzieści osiem galaretek z małych opakowań do dwóch dużych słoików. W tej formie było je wygodniej transportować.
Na lotnisku przywitała mnie cała rodzina. Cieszyli się na mój widok, jakbym wrócił z wojny, a to był ledwie epizod związany z emigracją zarobkową. Jakby tego było mało jak tylko mnie zobaczyli zaczęli zadawać mnóstwo idiotycznych pytań. Swoją drogą tych samych, na które już cztery razy odpowiadałem podczas naszych licznych rozmów telefonicznych czy za pośrednictwem komunikatorów internetowych. Niestety, wszystko poszło na marne i po raz piąty musiałem wyjaśniać rodzicom i młodszej siostrze, że w Edynburgu jest dużo Polaków, że Szkoci są sympatyczni, że pogoda wcale nie jest taka zła, że w mieście nie śmierdzi zdechłymi rybami, że jestem zadowolony z wyjazdu i tak dalej. Kolejne zapytania i wątpliwości dochodziły już do granic absurdu. Przez chwilę nawet wahałem się, czy nie powiedzieć, że Szkoci chodzą na rękach, mają oczy na szypułkach i wielką stopę, która wzniesiona do góry może robić za parasol. Idiotyczna gadka zaczęła się już na terminalu na Okęciu, trwała podczas jazdy samochodem, a zakończyła się dopiero przy kolacji, kiedy to staruszkowie oświadczyli, że jestem już zmęczony, miałem dużo wrażeń i powinienem położyć się spać. Nie ważne, że miałem na karku już prawie trzydziestkę. Wciąż traktowali mnie jak dziecko i lepiej wiedzieli, co mam robić, po co i dlaczego.
Kiedy wreszcie dali mi spokój, mogłem zadzwonić do kumpli ze studiów i umówić się na piwo. Tego mi chyba najbardziej brakowało w ciągu ostatnich miesięcy. Wyspiarze byli naprawdę bardzo sympatyczni, ale w ogóle nie potrafili pić. A jak już wypili nie potrafili się bawić. Im bardziej byli wstawieni, tym więcej śpiewali tanich popowych przebojów. Z czasem ta ich wokalna mania zaczęła doprowadzać mnie do szału. Z rodakami było jeszcze gorzej. Większość rodaków, których spotkałem na wygnaniu to były dresy z małych miast, dla których szczytem marzeń była praca w markecie przy ustawianiu towaru albo proste prace porządkowe. Ich zainteresowania ograniczały się do zaliczania kolejnych łatwych panienek, śledzenia piłkarskiej kariery Artura Boruca i kombinowaniu, jak się dorobić i się nie narobić. Nie znajdowałem porozumienia z tymi ludźmi. Nasze sąsiedzkie rozmowy nigdy nie wyszły poza niezbędna wymianę uprzejmości, wymuszone rozmowy o pogodzie, ewentualnie drobną pomoc przy znalezieniu mebli czy sprzętu elektronicznego po przystępnej cenie.
Tęskniłem za starymi, dobrymi czasami i za ludźmi, z którymi mogłem się napić, porozmawiać i dobrze zabawić. Powrót do kraju był świetną okazją to odnowienia znajomości. Choć nie wiedzieliśmy się stosunkowo długo utrzymywałem z wybranymi kontakt e-mailowy. Wiedzieli więc, że przyjadę i jak najszybciej zechcę ich gdzieś wyciągnąć.
Umówiliśmy się w knajpie na następny dzień. Spotkanie po długiej rozłące okazało się nader udane. Piliśmy w warszawskich pubach trzy dni pod rząd. Jakby tego było mało o moim powrocie do Polski dowiedzieli się kumple z liceum, moja była dziewczyna i znajomi z bractwa rycerskiego. Po dwóch tygodniach nieustannego balowanie we własnym kraju uświadomiłem sobie, że wydałem około tysiąca funtów. Jednak nie to było najgorsze. Najbardziej przerażał mnie fakt, że na śmierć zapomniałem o owocowych galaretkach.
Słoje wypełnione lepką mazią we wszystkich kolorach tęczy wciąż spoczywały w moim plecaku. Tak, wiem, że to idiotyczne, że przez tyle dni nie wpadłem na to, żeby się rozpakować, nie mówiąc już o wrzuceniu drogocennego galaretowego łupu do lodówki, ale naprawdę nie miałem do tego głowy. Przypomniałem sobie o sprawie zupełnie przypadkowo, czytając na jakimś portalu literackim opowiadania o kombajnie, kombajnie w galarecie.
Wbrew moim obawom zawartość słoików na pierwszy rzut oka wyglądała normalnie. Galareta przewalała się w plecaku na tyle intensywnie, że wszystkie smaki i kolory wymieszały się ze sobą, tworząc wspaniałą, tęczową kompozycję. Oczywiście, gdybym otworzył słoik, smród galaretowego roztworu pewnie by mnie zabił, nie mówiąc już o smaku tego wynalazku, ale nie miałem wcale takiego zamiaru. Słoik z kolorową zawartością śmiało mógł robić za dekorację w moim pokoju. Nawet więcej niż dekorację. Kolorowa galaretka była symbolem. Symbolem zwycięstwa polskiego emigranta, ciężkiej pracy, zaradności, przedsiębiorczości, zawodowego sukcesu i moralnego zwycięstwa. Kolorowa galaretka wyrażała to wszystko, co udało mi się osiągnąć. No i przy okazji była jedyną pamiątką, przywiezioną z odległego kraju. Nie zawracałem sobie głowy tandetnymi suwenirami z plastiku. Miałem tylko galaretkę. To było zarazem piękne i groteskowe.
Oczywiście nikt nie podzielał mojego uwielbienia dla szkockiej galaretki. Rodzina krzywiła się widząc słoiki stojące na półce. Znajomi pukali się w czoło. Nikt mnie nie rozumiał, ale specjalnie mi to nie przeszkadzało. Zawsze byłem indywidualistą. Wiedziałem, czego chcę i nie potrzebowałem wsparcia ze strony innych. Kult galaretki był dla mnie ważny, bez względu na to, czy ktoś go podzielał czy nie.
Galaretka pomagała mi żyć. W galaretce znajdowałem oparcie, wiarę we własne możliwości, radość i ukojenie. Kiedy budziłem się rano, otwierałem oczy i patrzyłem na najwyższą półkę regału, widziałem to co najpiękniejsze na świecie. Hermetycznie zamknięty słoik, a w nim historię mojego życia – pełną różnorodnych barw i rozmaitości. Właściwie nie wiedziałem, co zamierzam robić w życiu. Moje wykształcenie nie pozwalało na podjęcie satysfakcjonującej pracy w Polsce i zbliżenie moich zarobków do tych, na jakie mogłem liczyć na Wyspach Brytyjskich. Oszczędności były zbyt małe, abym mógł rozpocząć własną działalność gospodarczą. Zresztą i tak odstraszały mnie idiotyczne przepisy, utrudniające na wszelkie sposoby funkcjonowanie przedsiębiorstw. Zainwestowanie moich pieniędzy w akcje, fundusz czy cokolwiek innego także mijało się z celem. Po pierwsze wykończyłby mnie podatek Belki, po drugie panowała recesja. Na szybki zysk nie było żadnych szans. Wszystko wskazywało na to, że jeżeli nic się nie zmieni, za jakiś czas znowu będę musiał wyjechać za granicę. Wstawałem rano i wpatrywałem się w tęczową galaretę. Galaretę pełną nadziei, która zawsze mówiła mi: nie martw się stary, będzie dobrze. Trzeba wiedzieć świat w tęczowych, galaretowatych barwach!
Właściwie nie robiłem nic konkretnego. Nie zamierzałem podjąć pracy ze śmieszne pieniądze. Studia dawno miałem za sobą. W repertuarze moich codziennych czynności znajdowało się robienie zakupów, czytanie książek, oglądanie telewizji, czasem gotowanie. Raz na jakiś czas wybierałem się do pubu albo do restauracji. Kupiłem kilka gier komputerowych. Ale to wciąż było za mało, żeby zapełnić jakoś dwudziestoczterogodzinny cykl, zwany dobą. Z braku innych zajęć wracałem do kolorowych słoików pełnych wspomnień. Każdego dnia wnikliwie je obserwowałem. Aż w końcu zauważyłem ruch! Zielona galaretka przemieściła się w kierunku czerwonej. Minimalnie, może o pół centymetra. Ale ja to widziałem! Przez następną godzinę czekałem na dalsze wydarzenia, ale nic więcej nie stało.
Kolejne zmiany zauważyłem następnego dnia rano. Normalny człowiek z pewnością nie zwróciłby na to uwagi. Ale ja nie byłem normalny. Przez kilka godzin dziennie wpatrywałem się w te dwa kolorowe słoje i rozkład barw znałem na pamięć. Tymczasem one zaczęły się zmieniać. Galaretka cytrynowa zajęła miejsce truskawkowej i zaczęła mieszać się z tą o smaku czerwonych grejpfrutów. Nie miałem pojęcia, czemu mają służyć te przemiany. Czy wywoływało je ciśnienie, jakieś bakterie, wirusy czy grzyby, które zdążyły się zalęgnąć w środku w ciągu wielu tygodni? Nie miałem pojęcia, dlaczego to się dzieje, ale cały proces wydawał się doprawdy fascynujący.
Z czasem ograniczyłem liczbę zajęć wykonywanych, na co dzień. Zrezygnowałem z wizyt w księgarniach, sklepach z płytami, centrach handlowych i knajpach. Znajomych zbywałem stwierdzeniem, że nie mam czasu. Jeśli byli aż nadto natrętni przestawałem odbierać telefony. Rodziców nie wpuszczałem do pokoju, aby nie przeszkadzali mi w badaniach. Badaniach? Owszem! Moje galaretowe obserwacje zaczęły mieć charakter stricte naukowy. Każdego dnia notowałem swoje obserwacje w specjalnym zeszycie. Potencjalne wnioski i hipotezy nagrywałem na dyktafon. Robiłem zdjęcia i nagrywałem filmy, aby udokumentować obserwowane zjawisko. Wreszcie zacząłem myśleć o fachowych ekspertyzach chemicznych, jednak to wymagałoby pobrania próbek. Na razie ograniczałem się do rejestrowania ruchu.
Galareta poruszała się coraz szybciej. Z czasem doszło do tego, że potrafiła zmienić smakową konfigurację w ciągu dwudziestu czterech godzin. Galareta z obu słoików testowała najwyraźniej różne możliwości. Często wracała do poprzednich wersji, wprowadzając drobne modyfikacje. Zacząłem badać reakcje na bodźce – różne rodzaje muzyki, od klasyki po punk rock, a także różny zakres temperatur, światło i ciemność. W skutek użycia bodźców przemiany w obu słoikach miały odmienny charakter. Kiedy dokonałem tego spostrzeżenia, utwierdziłem się w przekonaniu, że oto mam do czynienia z istotą żywą!
Nie bardzo wiedziałem, co zrobić z moim odkryciem. Wyniki badań opublikowałem anonimowo w Internecie. Nikt nie wziął tego na poważnie.
Wreszcie zdecydowałem się na ostateczny krok. Postanowiłem otworzyć jeden ze słoików. Od początku miałem złe przeczucia, ale nie było wyjścia. Potrzebowałem próbek, żeby kontynuować moje przełomowe badania. Galaretka już dawno przestała przypominać przeterminowany artykuł spożywczy. W słoiku widziałem kończyny, organy i narządy. Wiele wskazywało na to, że już bardzo niewiele dzieli mnie od ujrzenia ostatecznej formy dziwacznego organizmu.
Gdy chwyciłem w dłonie jeden ze słoików, zaczął nienaturalnie drgać, jakby za wszelką cenę chciał się wyrwać. Po kilku chwilach walki nie wytrzymałem i wypuściłem go z rąk. Słój rozbił się na kawałki, a galaretowaty stwór zadowolony z siebie pełzał po podłodze. Byłem tak przerażony tym faktem, że nie zdołałem nawet krzyknąć. Potwór z galarety błyskawicznie wspiął się na półkę i zwalił na ziemię swojego kompana. Wypuszczone na wolność istoty zaczęły owijać się wokół regału. Zanim zorientowałem się, do czego dążą było już za późno. Rozhuśtany przez potwory regał zwalił się prosto na mnie.
Przywalony kilogramami książek, płyt i innego badziewia, pokonany, bezradny. Patrzyłem jak galaretowate istoty wydostają się z pokoju. W tym momencie do głowy przyszło mi tylko jedno pytanie: czy one potrafią się rozmnażać?
Nie możesz pisać nowych tematów Możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum