Witamy na forum Internetowego Klubu Autorów Rozmaitych. Zapraszamy zarówno Ikarytów, jak i nie-klubowiczów do dyskusji, ćwiczeń i szlifowania warsztatu. Gwarantujemy, że czas spędzony na forum Ikara nie będzie czasem straconym. Jesteśmy tu po to, by uczyć się tworzyć teksty literackie, wspierać dobrą radą, oraz poznawać ludzi o podobnych zainteresowaniach. Celem klubu przede wszystkim jest dobra zabawa, rozwijanie talentu i rozmowy około literackie.
Żeby nie było, że nie wrzucam tekstów do Skrypciarni.
Czekam na komentarze.
Kiedy odpada wihajster
Jesteśmy gobliny, dzielne gobliny
Ruszamy pod bronią w ciemną noc
Poranna porażka tak nas rozzłościła
Że oddamy w pomście juhy naszej moc
(Jim C. Hines – „Droga goblina”, przeł. D. Schimscheiner; pisownia za tłumaczem)
Fizz zastrzygł uszami i rozejrzał się uważnie po garażu. W niemrawym blasku wiszącej z sufitu żarówki rysowały się kształty zalegających na stołach narzędzi: kilkunastu kluczy francuskich i śrubokrętów, piły tarczowej, imadła, dwóch brzeszczotów, suwmiarki i wielu innych. W kątach, do których nie docierało już najsłabsze nawet światło, piętrzyły się stosy blach, rur i desek. Gdzieniegdzie na podłodze leżało jakieś koło zębate i rdzewiało w najlepsze.
Zielonoskóry goblin odłożył ostro zatemperowany ołówek na najbliższy stół i, mrużąc żółte ślepia, przedarł się przez stertę złomu do jednego z ciemnych zakamarków. Jak zwykle jednak, nie znalazł ani jednej żywej duszy. Mógł się tego spodziewać – mania prześladowcza narastała z każdym dniem bardziej, gdy tymczasem przecież nawet nikt nie wiedział, że Fizz wprowadził się do Krähwinkel, żeby w spokoju konstruować swoje machiny.
Wytarł pokryte smarem dłonie w lnianą ścierkę z powypalanymi dziurami, zarzucił ją sobie na ramię i przez małe drzwiczki wyszedł z garażu.
Na zewnątrz życie toczyło się swoim normalnym rytmem: słońce, jak to o tej porze roku miało w zwyczaju, dopiero wschodziło, mimo że zbliżało się południe. Brązowoszara breja, która jeszcze wczoraj była śniegiem, chlapała spod kół wozów ciągniętych przez konie w stronę rynku. Kobiety schodziły do piwnic po marynaty do obiadu i węgiel, podczas gdy mężczyźni grzali się w karczmach przy piwie doprawionym goździkami i cynamonem.
Krähwinkel było dobrym miastem, pełnych poczciwych, głupich ludzi. Ostatnie miejsce, w jakim szukaliby Fizza. Najbliższe magazyny i zakłady produkcyjne znajdowały się wiele dni drogi stąd – a przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie budowałby wymyślnej machiny bez dostępu do części zamiennych.
O tak – wiele dało się powiedzieć o Fizzie, ale nie to, że jest przy zdrowych zmysłach. Goblin był wynalazcą. To powinno mówić wszystko.
Podciągnął upaprane czerwoną farbą olejną spodnie, raz jeszcze wytarł ręce, tym razem o szarą, również brudną koszulę, zapominając zupełnie o ścierce na ramieniu, po czym – chuchając sobie w dłonie – popędził drobnymi krokami do najbliższej tawerny.
– Kobieto! Piwo! – zawołał do karczmarki, siadając przy pierwszej z brzegu ławie.
Kobieta odszpuntowała beczkę i wypełniła zamówionym napitkiem litrowy, gliniany kufel, który następnie postawiła z hukiem przed nosem goblina.
– Proszsz... – mruknęła niechętnie i podrapała się po nosie. – Znowu ten wihajster odleciał – dodała po chwili beznamiętnym tonem.
– Bo nie umiecie go używać! Ehh, dać ludziom jakiekolwiek urządzenie bardziej skomplikowane od młotka do mięsa, to od razu popsują... Idziemy – odparł Fizz, wypił kilkoma haustami piwo i zeskoczył na podłogę.
Goblin prowadzony przez tęgą, rozczochraną karczmarkę, przeszedł do kuchni, gdzie centralne miejsce zajmowało pokaźnych gabarytów urządzenie z taśmociągiem z jednej strony i lejkiem z drugiej. Pod lejkiem tkwiła miska do połowy wypełniona mięsno–warzywną miazgą.
Fizz podszedł do maszyny i obejrzał ją uważnie ze wszystkich stron. Ostatecznie wsadził rękę w otwór, do którego prowadził taśmociąg, i zaczął tam gmerać.
– Mówiłem tyle razy, że jelita mogą się okręcić dookoła śruby! To skomplikowane urządzenie, trzeba je czyścić! Nie jak te wasze gary, co zarastają kolejnymi warstwami zup! Chociaż może rzeczywiście, jakbyście wsadzili te swoje paluchy w delikatny mechanizm, to od razu wszystko byśta popsuli! – irytował się goblin, wyciągając z wnętrza maszyny poszarpane wnętrzności jakiegoś zwierzęcia.
– Abo źle nam było ze zwykłym tasakiem. To się zachciało staremu. Mówiłam, że Katza nie wolno słuchać, bo on ma poprzestawiane we łbie. I teraz to się ciągle urywa – prychnęła obojętnie karczmarka i wzruszyła ramionami.
– Sama się urywasz, głupia babo. Muszę pojechać do Vary. Bez nowej dźwigni nic się nie da zrobić. – Fizz strzyknął śliną przez zęby i podrapał się za długim, spiczastym uchem.
– Chcesz... Chcesz wyjechać? – zapytała zalękniona karczmarka.
– Aye.
Nazajutrz rano, kiedy tylko goblin skończył się pakować, rozległo się nieśmiałe pukanie. Fizz rzucił kilka kwiecistych przekleństw pod adresem nieproszonego gościa, po czym zgasił lampkę pod sufitem garażu i uchylił drzwi na tyle, żeby mógł wytknąć na zewnątrz swój długi, zielony nos.
Na ścieżce stał wójt Krähwinkel i wpatrywał się w czubki własnych, czerwonych kozaków. Różowe, nalane policzki błyszczały w blasku porannego słońca.
– Ja... My chcieliśmy... – Niepewnie obejrzał się za siebie, gdzie tkwiła dwójka żołdaków i kilkoro zalęknionych wieśniaków. – Chcieliśmy cię prosić, żebyś nie jechał po te części. Karczma ma Ciachajschaba, winnica Deptatora 2000, moja szanowna małżonka ostatnio zaopatrzyła się w Samobieżną Pudernicę... Nie damy sobie rady bez ciebie. Zamiast ciebie, pojedzie Fraa. Ona popsuła, więc niech ona się teraz fatyguje – wójt wyrzucił z siebie potok słów i zamilkł, przygryzając wargi.
Fizz zgrzytnął zębami, po czym przybrał nieprzenikniony wyraz twarzy i odparł:
– Baba kupi klucz nasadowy zamiast dźwigni i tyle tego będzie. Nie znacie się na tym. Jadę lada moment.
– No tak... – wójt na powrót wlepił wzrok w czubki butów. Po chwili podjął – Myśmy tak sobie myśleli, że się nie zgodzisz. Znaleźliśmy kogoś, kto się zna. Nie jedź od nas, Fizz.
Goblin zaniepokoił się. Co ci głupawi ludzie knuli? O co im chodziło?
– Znaleźliście? – powtórzył przyciszonym głosem, unosząc brwi w wyrazie zdumienia.
– Pędzel, wystąp! – zawołał wójt z wyraźną ulgą w głosie i wsunął się między wieśniaków stojących nieco z tyłu. Z kolei na czoło grupki przecisnął się uśmiechnięty, rumiany gnom wzrostu siedzącej surykatki, o pogodnym spojrzeniu błękitnych oczu, z siwą czupryną sterczącą na wszystkie strony świata i w ochronnych goglach na nosie.
– Bry! – zawołał Pędzel, ściskając rękę goblinowi, zanim ten zdążył zareagować. – Czyli o co chodzi? Dźwignia do Ciachajschaba, tek? Zrobi się!
W odpowiedzi Fizz wyszczerzył pożółknięte zęby i warknął:
– Przyprowadziliście mi gnoma? Gnoma?!
Po czym zatrzasnął drzwi i uruchomił jedną ze swoich maszyn, stłoczonych w garażu, zagłuszając tym samym potencjalne protesty z zewnątrz.
Niecałą godzinę później goblin wyłączył urządzenie. Wielkie koła zębate zatrzymały się z ciężkim sapnięciem, a stalowe płyty przestały drżeć. Tłoki powoli zastygły w bezruchu i ostatnie kilka kłębów pary uleciało w stronę cieni pod sufitem.
Ku zdumieniu Fizza, natychmiast po unieruchomieniu machiny rozległ się przytłumiony, nieco skrzeczący szept Pędzla:
– Znalazłem plany waszej Wyrwinerki 3000. Prawie skończyłem budowę.
Goblin milczał przez chwilę. Wreszcie splunął na podłogę i odparł:
– Wyrwignomionerki. Gnomio!
– Matula mawiała, że szczegóły są jak guziki w pobliżu kominiarza: wszyscy się ich czepiają, ale nigdy nikomu to nie przyniosło korzyści.
– A nie mówiła ci, że goblińska inżynieria jest zła, niebezpieczna, śmierdzi i że wykorzystujemy małe, słodkie, puchate króliczki do testowania naszych pojazdów bojowych?
– Mówiła. Dlatego zacząłem szukać Wyrwy 3000.
Fizz uchylił drzwi i wyjrzał na zewnątrz, gdzie stał jego rozmówca.
– Nie wierzę. Plany zaginęły dawno temu.
– Pokażę ci, chcesz?
– I o co ci właściwie chodzi? – prychnął goblin.
– Nie rozumiem niektórych symboli na planach. Jeśli mi pomożesz, dam ci spokój. Jeśli nie, zdam dokładną relację z twojej działalności tutaj.
– Szpiegujesz mnie?
– Już nie. – Gnom machnął krótką, krępą rączką w wyrazie lekceważenia. – Wielkie mi szpiegowanie. Wystarczył jeden Insekt. Wy, gobliny, robicie przy pracy tyle hałasu, że trzeba by się spić bimbrem Górskich Ludzi, żeby tego nie słyszeć.
– Wielkie rzeczy. – Fizz wzruszył ramionami. – Ludzi nie interesuje, co ja tu robię. Byleby ich wszystkie maszynki w gospodarstwie działały.
– To poniżające. Zawsze myślałem, że sporządzacie wyłącznie broń. Nieważne. Ludzi może nie interesuje, ale inkwizytorów...?
Goblin zadrżał mimowolnie i położył uszy po sobie. Inkwizytorzy stanowili postrach wszystkich inżynierów, którzy nie przekupili ludzi licznymi zapewnieniami o tym, że nie będą budować urządzeń bojowych i że ich rzemiosło jest na człowiecze usługi. Traf chciał, że na tę – poniżającą zdaniem goblinów – współpracę zdecydowały się gnomy. W zakres dodatkowych usług wchodziło donosicielstwo i sabotaż.
– Inkwizytor przyjechał do Krähwinkel?
– Tek – potwierdził z zadowoleniem Pędzel.
– Przyjdź za godzinę z planami. Weź prowiant, jedziesz ze mną. Nie zostawię cię tu z inkwizytorem po wyjaśnieniu znaków. Zanim obrócimy w tę i z powrotem, powinien się stąd wynieść.
Gnom zakrzyknął coś niezrozumiałego, odwrócił się na pięcie i pobiegł do domu.
„Tego mi brakuje!” – irytował się Fizz, kręcąc się bez celu po ciemnym korytarzu i dotykając od czasu do czasu zimnej stali, dużymi płatami pokrywającej skomplikowane silniki pojazdów, armat i min. – „Gnoma. Ośmielili się przyprowadzić do mnie gnoma!” – Splunął na stertę złomu w kącie. – „Niechby tylko usłyszeli o tym w klanach...!”
Nie upłynęły trzy kwadranse, jak wrócił Pędzel i zastukał energicznie w drzwi garażu. Fizz zaklął szpetnie jeszcze kilka razy, po czym otworzył i wpuścił do środka gnoma. Ten podbiegł do stolika, jednym ruchem dłoni zmiótł zalegające na nim narzędzia i położył plik kartek. Goblin niechętnie się zbliżył i zmrużył żółte ślepia, przypatrując się w półmroku znakom nabazgranym – na pozór niechlujnie – na stronach.
– Których nie rozumiesz? – zapytał wreszcie.
Pędzel wskazał palcem na okrąg z kilkoma falistymi liniami, który – w najlepszym razie i przy maksymalnym wysileniu wyobraźni – mógł sugerować coś w rodzaju pączka wbitego między żebra kaloryfera.
– Jesteście jednak głąby nie z tej ziemi. To przecież mithrilowa śruba, ósemka, prawoskrętna. Trzycalowa. Dłuższa rozerwie powłokę. W drogę, resztę powiem ci później. Wolę nie ryzykować zdrady – wyjaśnił Fizz z pogardliwym prychnięciem.
Na twarzy gnoma wykwitł nieprzenikniony uśmiech. Po chwili zwinął kartki i wcisnął je sobie za klapę brązowej, wełnianej marynarki z okrągłymi łatami na łokciach.
Niebawem w całej okolicy rozległ się gromki ryk, za którego sprawą opadł śnieg z gałęzi pobliskich drzew, a w chwilę później wszystko ucichło i już tylko co jakiś czas dało się usłyszeć wściekły warkot, któremu towarzyszyło głośne pyknięcie i bulgot.
Z garażu wyjechał, trzęsąc się i podskakując od czasu do czasu, pojazd na dwóch szerokich kołach, nad którymi wiły się we wszystkie strony rury z zaworami bezpieczeństwa co kilkanaście cali. Umieszczony z tyłu baniak był zaopatrzony w komin, z którego buchały kłęby dymu, i w małą arkadę rurek rozprowadzających paliwo, wodę i kilka innych substancji po całym mechanizmie. Spiczasty przód wehikułu pomalowano w coś, co przedstawiało sobą albo przewrócone szczyty górskie o niecodziennej kolorystyce, albo dość kubistyczne płomienie. Gdzieś pośrodku tego wszystkiego znajdowały się dwa fotele i kilka dźwigni do sterowania, przy których zasiadł Fizz. Pędzel zajął miejsce za nim i poprawił gogle.
W tumanach dymu, ze skwierczeniem gwałtownie topniejącego pod rozgrzanymi kołami śniegu, pojazd skoczył do przodu i popędził po błotnistym gościńcu.
– Nie jesteśmy tak głupi, jak myślisz! – zawołał w którymś momencie gnom, z trudem przekrzykując ryki silnika i świst powietrza wśród mijanych drzew.
– Aye?! – zawołał Fizz i przyspieszył.
– Ta śruba jest adamantytowa! Mithril za bardzo się rozgrzewa! Całość by wybuchła!
– Jaka śruba?!
– Trzycalowa!
– Przecież ci mówiłem...!
– Podpuszczałem cię, żeby cię sprawdzić! Chyba nie sądziłeś, że dam się wysadzić w powietrze jakiemuś goblinowi?!
– Skoro wszystko wiesz, to...
– Nie wszystko! Potrzebuję pomocy, ale nie zamierzam wylądować w piachu!
– To nie byłby piach! Twoje wnętrzności nie nadawałyby się do konsumpcji nawet dla kóz starego Katza!
Fizz z satysfakcją stwierdził, że gnom za nim zadrżał. Ten fakt nieco uśmierzył ból po nieudanej próbie sprytnego odesłania Pędzla w zaświaty.
Księżyc w pierwszej kwadrze wisiał wysoko na niebie, kiedy podróżnicy dotarli do Vary. Krępe kamienice czerniły się kanciasto na tle rozświetlonego gwiazdami nieba. Na rogach ulic płonęły mdłym ogieńkiem pochodnie, skwiercząc z cicha. Strażnicy miejscy w czerwonych uniformach przechodzili się tu i tam, z niecierpliwością oczekując na wschód słońca i koniec służby. Gdzieniegdzie podmuch wiatru porywał strzęp gazety, w którą za dnia kupcy owijali swoje towary, po czym ciskał nim o najbliższe drzewo czy ścianę i rozpraszał się w ogólnym bezruchu.
Wehikuł goblina przejechał przez miasto, terkocząc nielitościwie głośno kołami na wybrukowanych drogach, i zatrzymał się pod długim, przysadzistym budynkiem o zakratowanych oknach.
Fizz zsiadł i zapukał do drzwi.
Zapukał ponownie.
W sąsiednim domu uchyliła się ze skrzypieniem okiennica i rozległ się szept:
– Czego tu o tej porze?
– Szukam Pleoneksji! Zawsze była czynna całą dobę! – syknął ku górze goblin.
– Już nie. Zmykajcie stąd! Pleoneksja siedzi w lochu! – I okiennica zatrzasnęła się.
– To co? Może objaśnisz mi jakiś znaczek, he? – zaczął gnom, kiedy siedzieli przy studni na niewielkim dziedzińcu, owinięci kocami i spożywający swój prowiant: Fizz miał kilka kawałków czerstwego chleba, a Pędzel – placek drożdżowy z rodzynkami i dżemem śliwkowym, posypany kruszonką.
– A daj mi spokój ze znaczkami teraz! – żachnął się goblin. – Aresztowana! Jak mogli ją aresztować?!
– Wiesz... – Gnom przeżuł ostatni kawałek ciasta i oblizał palce. – Ostatnio zaostrzyli rygor. Chyba muszą się pokazać przed cesarzem, podobno miał pomysł rozwiązania ich. Najwyraźniej wasza handlarka znalazła się w złym miejscu o nieodpowiedniej porze.
– Ty sam jesteś w nieodpowiedniej porze – prychnął Fizz, ale prawda była taka, że nie miał lepszego wytłumaczenia dla zaistniałej sytuacji. Szczelniej owinął się kocem i splunął na bruk. – Rozsadzę mury lochu i wyciągnę ją. Potrzebuję jej towarów! – syknął wreszcie goblin, zacierając dłonie.
– Przypominam, że gnomy i gobliny nie mają bohaterów. Brawura to domena wielgasów – odparł Pędzel.
– O przepraszam! – oburzył się Fizz. – Niziołki mają tego swojego Frodo Dziewięciopalcego. A od nas jest Jig Smokobójca!
– Jig Smokobójca to wymysł goblińskich nianiek.
– Nie mamy nianiek. A ty wygadujesz bzdury, bo gnomy nie mogą się nikim pochwalić.
– Tek, skrzaty może też mają bohatera, co? – zaskrzeczał z drwiną w głosie Pędzel.
– Trudno nazwać go bohaterem, ale znajoma karczmarka opowiadała o takim, Flann O'Briain... – Fizz być może chciał powiedzieć coś więcej, ale przerwał mu zdecydowany kopniak w piszczel. Kopniak bolesny, mimo że zamortyzowany przez dwie warstwy grubego, wełnianego koca.
– Śmierdzisz! – zawołał gnom, z właściwą sobie subtelnością zmieniając temat.
Jeszcze przed wschodem słońca, po krótkiej drzemce, podróżnicy zamaskowali pojazd w pobliskim lesie i podreptali do lochu.
Masywne, okrągłe gmaszysko stało na pewnym uboczu, przyglądając się miastu ślepym spojrzeniem czterech niewielkich lufcików. Potężne podwoje nie pozostawiały wątpliwości co do tego, że więzienia nie da się sforsować od frontu.
Fizz był zdeterminowany. Wydobył z tobołka kilka małych, sześciennych pudełek i połączył je drutem. Przeszedł na tyły budynku, układając po drodze kostki w zagłębieniach między cegłami. Następnie nacisnął niewielki, czerwony przycisk na pierwszym z brzegu sześcianie i odbiegł, przyciskając dłońmi uszy do głowy.
Rozległ się potężny huk. Przez chwilę niebo rozjaśniła łuna wybuchu. Ziemia zadrżała, posypał się gruz i pył. Gdzieś w oddali dało się słyszeć nerwowe pokrzykiwania, ale chwilowo Fizz nie chciał zaprzątać sobie nimi głowy, żeby nie stracić rozpędu. Wbiegł przez otwór w murze do wnętrza gmachu, a Pędzel – chcąc nie chcąc, raczej nie chcąc – podreptał za nim.
Goblin rozejrzał się i skoczył w pierwszy z brzegu korytarz, wyciągając zza paska coś wyglądającego jak mosiężna rura z doczepioną linką i kilkoma splątanymi ze sobą na jednym końcu kablami, sprężynami i kołami zębatymi. Fizz szarpnął za sznurek, a z drugiej strony z rury wystrzeliła bryła czegoś bliżej niezidentyfikowanego i rozbryzła się na ścianie, by po chwili eksplodować z nadspodziewaną siłą. Następną grudą substancji goblin wcelował w wybiegającego mu naprzeciw strażnika. Nie czekając na rezultaty, zielonoskóry pognał przed siebie.
Już niebawem do jego uszu dotarł szaleńczy śmiech i zachrypnięte, zgrzytliwe pokrzykiwania goblińskiej handlarki częściami zamiennymi. Fizz skierował się tam, skąd dochodziły dźwięki. Rozsadził drzwi do celi, następnie krzyknął kilka urwanych słów do uwięzionej zielonoskórej i oboje wybiegli na korytarz.
– Strzelaj dalej, przebijemy się przez ściany! – zawołał rozentuzjazmowany gnom, gdy wszyscy spotkali się przy najbliższym zakręcie.
– Nie da rady, skończyła się amunicja, nie mam reagentów! Spadamy! – odparł Fizz i cała trójka popędziła do wyjścia.
Po chwili rozległy się strzały i huki. Niewątpliwie zbliżająca się straż została zaopatrzona w goblińskie miotacze płomieni, co mogło znacznie skomplikować ucieczkę. Pleoneksja, słysząc świst wydawany przez broń podczas ładowania, uskoczyła za niski murek i przeczekała ostrzał. Po chwili dołączyła do dwójki podróżników, którzy przekroczyli już linię lasu.
Niebawem gnomio–goblińska ekspedycja dotarła do zamaskowanego między drzewami pojazdu. Już mieli odjechać, kiedy nagle Pędzel pacnął się otwartą dłonią w czoło i zawołał:
– Od razu nas znajdą, to nie ma sensu! – zeskoczył z wehikułu i wyjął z sakiewki przytroczonej do pasa zapałki.
– Nie ośmielisz się, kurduplu! – zgrzytnął Fizz, ale gnom w odpowiedzi tylko wykonał niedwuznaczny ruch głową, sugerujący szybkie oddalenie się od pojazdu. W następnej chwili cisnął zapałkę między tłoki i rury.
Rozległ się huk. Fala gorącego powietrza ogarnęła podróżników, by po chwili wszystko spowił czarny, gryzący i cuchnący siarką dym.
– Spadamy! – polecił Pędzel i ruszył pędem w głąb lasu.
Pogoń trwała.
Niebawem uciekinierzy dotarli do skalistych wzgórz pokrytych bezlistnymi, ośnieżonymi drapakami, które być może na wiosnę zaczną przypominać drzewa.
– Do jaskini! – rzucił Fizz i rzucił się w coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak kolejna z wielu mijanych zasp. Za cienką warstwą białego puchu znajdowała się mała grota z jeszcze mniejszym otworem w ścianie, przez który podróżnicy zaczęli się kolejno przeciskać.
Nieprzeniknioną ciemność rozjaśniał daleki blask pochodni. Fizz poprowadził towarzyszy krętym, ciasnym korytarzem, w którym każdy oprócz goblina i Karła straciłby już dawno orientację. Strzygąc uszami na wszystkie strony, Pleoneksja wydawała się bardzo podekscytowana. Tylko Pędzel wyglądał na raczej zirytowanego. W ciemności słabo widział, potykał się o kamienie i źle się czuł zdany na łaskę i niełaskę dwójki goblinów.
Tak mu się zdawało, że dwójki.
Po kilkudziesięciu minutach wędrówki zorientował się, jak bardzo się mylił w ocenie własnej sytuacji.
Przed nim bowiem wyłoniła się z mroku grota imponującej kubatury, z niezliczonymi półkami skalnymi dookoła, wylotami tuneli na wszystkich wysokościach i w każdym kierunku. Parter był zastawiony kamienno–drewnianymi konstrukcjami, przykrytymi strzępami skór albo wręcz uciętymi nietoperzymi skrzydłami. Na środku wznosiło się wielkie palenisko, na którym obecnie skwierczała sterta przerośniętych szczurów. A wśród tego wszystkiego, w smrodzie pleśni i gnijącego mięsa, w drgającym świetle rozstawionych tu i tam pochodni, uwijały się gobliny.
Niezliczona masa zielonoskórych, spiczastouchych postaci o wydłużonych kończynach i płaskich, szkaradnych twarzach. Żółte ślepia połyskiwały w ciemności. Wokół rozlegały się krzyki, charkot, zgrzytliwe śmiechy i coś, co dla Pędzla stanowiło połączenie pisku nietoperza z beknięciem dzika, jednakże z punktu widzenia goblinów najpewniej był to zaśpiew wojenny, jako że niewielka grupa zielonoskórych właśnie sposobiła się do wymarszu. Polegało to głównie na wzajemnym przepychaniu się, przerzucaniu się obelgami i wyrywaniu sobie nawzajem broni.
– To... To gobliny – szepnął Pędzel.
– Ej, ten twój to naprawdę tak trochę cierpi na niedostatek mózgu, co nie? – wtrąciła Pleoneksja, łypiąc zmrużonymi oczami na gnoma.
– Żeby trochę! – żachnął się Fizz, po czym zwrócił się do przerażonego inżyniera: – Tu nas nie będą szukać. Owszem, gobliny. Coś nie gra?
Pędzel nie odpowiedział. Przełknął głośno ślinę. Czuł, że jego dłonie są lepkie i mokre od potu. Sam w mieście goblinów. Śmierć była bardziej niż pewna.
Kilkoro zielonoskórych zwróciło wreszcie uwagę na przybyszów. Ktoś zawołał schrypniętym głosem. Ktoś inny zaśmiał się paskudnie. Mieszkańcy jaskini zaczęli gromadzić się dookoła gości, raz po raz dźgając gnoma czubkami pękniętych mieczy i naostrzonych kijów.
– Nie będziemy tego jeść! – wyjaśnił Fizz najdobitniej jak umiał.
Rozległo się kilka gniewnych okrzyków i paręnaście westchnień rozczarowania.
– Nie? – wtrąciła zdziwiona Pleoneksja.
– Nie. Ten ogrzy ekskrement ma plany Wyrwignomionerki 3000! To dla nas wielka chwila!
Dźganie gnoma nieco ustało, ale gobliny nie wydawały się przekonane.
– Na nich to nie zrobi wrażenia – mruknęła pod nosem Pleoneksja.
– Tak, wiem – odparł jej szeptem Fizz, po czym zawołał: – Prowadźcie do wodza!
Nie bez protestów, ale większość mieszkańców się rozsunęła, tworząc coś na kształt koślawego i momentami zbyt ciasnego szpaleru. Przybysze ruszyli nim w stronę największej z konstrukcji, o dachu przykrytym czerwonymi i zielonymi skrzydłami, dużo bardziej imponującymi od tych na innych budowlach.
Wewnątrz nie znajdowało się wiele sprzętów: pośrodku leżała rozpostarta skóra lisa, który najwyraźniej zabłądził zimową porą w tunelu, chcąc skryć się przed mrozem. W kącie piętrzył się stos czaszek – wódz najwyraźniej miał duszę kolekcjonera. Między kośćmi walały się zardzewiałe szczątki broni. W przeciwległym kącie było legowisko ze skłębionych futer, kocy i wplątanych w to wysuszonych porostów. Obok niego płonęła pochodnia wkopana w ziemię. Naprzeciwko wejścia, najpewniej jako oznaka statusu osoby zamieszkującej tę konstrukcję, stał oparty o ścianę kij z przywiązanymi do końcówki kilkoma ususzonymi dłońmi oraz jedną czaszeczką szczura.
Na zydlu pośrodku pomieszczenia, zatapiając bose stopy w sierści lisa, siedział otyły goblin w skórzanych łachmanach. Jego głowę zdobiła instalacja z patyków i kłów powiązanych ze sobą sznurkiem.
– Czego? – zapytał, pochylając się do przybyszów.
– Wodzu – zaczął Fizz, machnąwszy ręką w jakimś bliżej nieokreślonym salucie. – Przyprowadziłem gnoma. Ma plany Wyrwignomionerki 3000!
Wódz wstał.
– Zabić, przeszukać, zabrać plany i dorzucić na stos! – polecił pospiesznie.
– Nie, nie! Wodzu, nie tak! – sprzeciwił się Fizz, na co rozmówca znów usiadł i zamrugał oczami nieskalanymi myślą. – Nie ma ich przy sobie – skłamał inżynier. – Poza tym rozpoczął budowę. Jeśli coś mu się stanie, inne partackie bezmózgi dokończą. Pójdę z nim po te plany, musimy tylko tu przenocować.
– Nie zjemy go? – wódz wyglądał na bardzo zawiedzionego.
– Nie. – Fizz pokręcił głową.
Dowódca goblinów, choć z żalem, jednak przystał na plan inżyniera.
Niebawem wszyscy zgromadzili się przy stosie na środku groty, a dwójka zielonoskórych zeszła po wysokiej, choć koślawej drabinie z jednej z półek skalnych i zatknęła tuż obok płomieni ludzką głowę o wydłubanych oczach.
– Co się dzieje? – szepnął Pędzel do Fizza, stojąc za nim, owinięty szarym płaszczem, z kapturem zarzuconym na głowę; w ten sposób przynajmniej niektóre gobliny przechodziły obok niego obojętnie.
– Który dzisiaj? – zapytał inżynier Pleoneksji, która podrapała się po nosie i odparła po chwili:
– Dwudziesty listopada.
– No tośmy trafili na Dzień Wątróbki – oznajmił Fizz gnomowi.
– Na co? – zdziwił się ten ostatni.
– Dzień Wątróbki. Wielgasy mają swoje święta z zabijaniem indyków, my za to wyrywamy więźniowi wątrobę i wódz ją zjada. Głowę więźnia zatyka się na palu przy stosie, na którym pieczemy szczury. W ten sposób upamiętniamy pierwszy raz, kiedy goblin–nieinżynier wyszarpał wątrobę siedmiu gnomom na raz za pomocą genialnego Harputrona; używamy go do dziś – wyjaśnił z satysfakcją Fizz.
– Goblin–nieinżynier?
– Na wszystkie koła zębate Irxxa Mechanowładnego! Wy to naprawdę jesteście głupi, co? Jakiś translator dla debili by wam się przydał, czy coś, nie?
– Mamy ważniejsze sprawy, niż interesowanie się organizacją społeczną jakichś tam goblinów – odparł z godnością Pędzel.
– Aye, nie wątpię – zaśmiał się Fizz, westchnął i przystąpił do tłumaczenia. – Wy tam na powierzchni to znacie tylko nas. Prostacko nazywacie nas „inżynierami”. Jesteśmy klanem Stalodzierżców! Nasza inżynieria przebija najgrubsze mury i rozsadza najsolidniejsze twierdze! Nasza broń potrafi obrócić w pył regiment wojska! – Goblin dźgnął gnoma palcem wskazującym w czubek nosa, po czym prychnął pogardliwie. – Wywodzimy się z prostej linii od samego Irxxa Mechanowładnego, który stworzył prototyp Wyrwignomionerki podczas Miedzianej Wojny.
– Tak, a inni? – zniecierpliwił się Pędzel, dla którego wspomnienie o Miedzianej Wojnie najwyraźniej było dość przykre. Być może dlatego, że gnomy poniosły w niej sromotną klęskę, a być może dlatego, że jego przodek osobiście zdezerterował podczas jednej z walnych bitew i uciekł przeczekać w azylu Karłów.
– W wysokich górach żyje klan goblinów Hob. To wojownicy. Niebezpieczni zarówno dla zewnętrznego wroga, jak i dla siebie nawzajem. Dlatego mieszkają w rozproszeniu. Jest też najliczniejszy klan, który widzisz tutaj. To gobliny. Po prostu gobliny. – Fizz wzruszył ramionami.
– A z innej beczki: dlaczego używacie kalendarza ludzi? – zaciekawił się gnom.
– A czemu nie? – Goblin parsknął śmiechem. – My, Stalodzierżcy, mamy ważniejsze sprawy na głowie, niż wymyślanie systemu liczenia dni. A reszta jest na to za głupia.
Pędzel zamilkł.
Nazajutrz rano trójka podróżników opuściła jaskinie goblinów i wróciła na obrzeża miasta, pełznąc w śniegu od zaspy do zaspy i kryjąc się za większymi głazami. Fizz nadal potrzebował części z magazynu Pleoneksji.
Chyłkiem dotarli do budynku, goblinica otworzyła zaplombowane drzwi i weszli do środka. Po naładowaniu worków częściami zamiennymi i jedną niewielką dźwignią, inżynierowie pożegnali się z handlarką i ruszyli w pieszą drogę powrotną przez lasy i wzgórza, byleby z dala od ludzkich siedzib.
– Dawaj te plany. Czego tam jeszcze nie kumasz? – prychnął Fizz podczas jednego z postojów, masując sobie obolały od noszenia bagażu kark.
Pędzel posłusznie wyłożył na zwalony pień plik kartek i wskazał jeden z niezliczonych gryzmołów.
– Dlaczego kłamałeś? – zapytał jednocześnie.
– Posuń się... – Fizz trącił gnoma łokciem i stanął nad planami. – To nie znak. To narobił ci nietoperz na rysunki – odparł goblin, przybierając nieprzenikniony wyraz twarzy.
– Dlaczego kłamałeś? – powtórzył Pędzel, zwijając kartki.
– Wy niczego nie rozumiecie – zaczął Fizz i oparł się wygodniej o drzewo, pod którym rozbili obóz. – Dostarczę Stalodzierżcom Wyrwignomionerkę 3000. Albo jej plan, wszystko jedno. Zostanę kimś. – Goblin jeszcze bardziej zachrypł z wrażenia. – Moje imię będą powtarzać jednym tchem z Irxxem Mechanowładnym! A wy traktujecie inżynierię jak jakąś... dziedzinę! To jest sztuka. Życie. Nie można pozwolić, żeby te plany dostały się w łapy innych klanów. Najpewniej zgubiliby skarb jeszcze tego samego dnia, albo zjedli, albo spalili... Wszystko jedno. Nawet gdyby wysłali posłańca do Stalodzierżców, na pewno nie zostałbym przez niego wymieniony. – Fizz splunął na biały śnieg. – Spadamy stąd. Prowadź do Wyrwignomionerki! – zakończył rozmowę, wstał i zarzucił sobie na plecy worek z brzęczącymi częściami.
Po kilku godzinach prac wykończeniowych, machina była prawdziwie imponująca. Lśniące tłoki prężyły się po bokach. Wielka lufa spoglądała czarną czeluścią swojego wnętrza na inżynierów. Silnik warczał przeraźliwie, ale tak właśnie miało być. Jeśliby mruczał cicho jak zadowolona kotka, skąd byłoby wiadomo, że to tak potężna broń? Para i dym buchały na wszystkie strony, a pięć masywnych wiatraków robiło co mogło, by ostudzić nieco cały mechanizm. Kilka pasów klinowych przesuwało się tu i ówdzie z przyjemnym szmerem.
– Piękna... – stwierdził z nabożnym szeptem Fizz, czule głaszcząc rozgrzaną stal i polerując skrajem rękawa główkę adamantytowej śruby.
– Tek, robi wrażenie – zgodził się Pędzel.
Goblin przesunął dłonią wzdłuż lufy i – świadomie lub nie – strącił jeden z pasków klinowych z koła. W następnej chwili zabrał ze stołu znajdującego się tuż obok plik planów machiny i schował je za pasek.
– Zaraz wracam – mruknął do drugiego inżyniera, który stał ze wzrokiem utkwionym w dźwigni na szczycie urządzenia. Pędzel w odpowiedzi tylko kiwnął nieznacznie głową.
Fizz wyszedł. Kiedy przekroczył drzwi warsztatu gnoma, puścił się biegiem i zagrzebał się w zaspie nieopodal.
Po kilku sekundach potężny wybuch rozdarł ciszę. Nad całą okolicą niebo rozbłysło ogniście pomarańczową łuną. Śnieg momentalnie stopniał, a twarda ziemia zaczęła parzyć przez podeszwy butów.
Fizz poprawił ubranie i beztroskim krokiem skierował się do karczmy.
– Kobieto! Piwo! – zawołał na wejściu.
– Wihajster ma? – prychnęła Fraa, polewając napitek do brudnego kufla.
– Aye. Ma co trza – potwierdził Fizz i szeroki, nieprzenikniony uśmiech wykwitł na jego zielonej twarzy.
Nie możesz pisać nowych tematów Możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum